Preambuła, hymen i kapłanki

Teledelirka

Znów czknęło się naszej krainie Mesjaszem Narodów, co zaowocowało dość specyficznym wnioskiem wysłanym do Unii Europejskiej, według którego sprawą najważniejszą jest, aby w preambule do przyszłej konstytucji europejskiej znalazło się invocatio Dei, czyli odwołanie do Boga. W tym względzie lewica walczy o lepsze z prawicą, a wszyscy pragną boskiego punktu odniesienia jak kania dżdżu.
Ten nasz mesjanizm to chyba jakieś przekleństwo, pycha i mania wielkości, od którego Panu Bogu robi się niedobrze, pewnie dlatego zesłał na kraj plagę wcale nie egipską w postaci Leppera, choć ostatnio Najwyższy dał posłowi odczuć, że nie on jest wszechmogący, że na jego blokady warszawiacy mówią: „Wała!”. Jeden Waldemar Kuczyński na łamach „Wyborczej” zaprotestował przeciwko naginaniu faktów w gazetach, zupełnie jakby wydarzenia te były wikliną do wyplatania koszyków, a to pisano, że rząd nieprzygotowany, że siły policyjne nie takie, jak trzeba. Kuczyński w sprawiedliwym odruchu podziękował ministrowi Janikowi za solidnie przygotowaną akcję.
Niektórzy politycy słyszą głosy, które powtarzają im: „Wy jesteście narodem wybranym, idźcie i nauczajcie niewiernych w Europie, nawracajcie ich, bo taka jest wasza misja. Macie na to monopol, jak na wódkę czystą”. Takie głosy, które wewnętrznie a natrętnie gadają w głowach i rozkazują, są znaną przypadłością psychiatryczną, poważną w skutkach i, jak widać, nieuleczalną.
A propos narodu wybranego, to już jeden został dawno temu przez Jahwe wybrany i bardzo kiepsko na tym wyszedł. Lepiej więc trzymać się na bezpieczną odległość i nie pchać się do kręgu wybranych.
Komisarz Unii Europejskiej Barnier przyjechał do Polski, żeby naszym świątobliwym politykom odradzić forsowanie Pana Boga, bo on tego nie potrzebuje. Dwa lata temu bezbożna Francja nie pozwoliła do Karty Praw Podstawowych wpisać nie tylko invocatio Dei, ale nawet „dziedzictwa duchowego Europy”, z czymkolwiek to się je.
Dość dawno temu postanowiono oddać cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie, albo rządowi, co rządowe, a papieżowi, co papieskie, co nazwano po prostu rozdziałem Kościoła od państwa.
Francja stanęła jak Rejtan w obronie tego hasła. Pewnie stało się tak dlatego, że ostrygojadom nie udało się nad Sekwaną znaleźć i otrąbić zjawiska, jakim jest dziewica, którą można konsekrować. Konsekrować, proszę Szanownych Czytelników, nie znaczy skonsumować, a wręcz przeciwnie. Okazało się, że pierwszą konsekrowaną w archidiecezji lubelskiej dziewicą jest uczona z Uniwersytetu Lubelskiego. Poświęcił jej dziewictwo abp Józef Życiński, o czym wszem wobec doniosły gazety.
Dziewica konsekrowana w odróżnieniu od konsystorskiej, a także od dziewicy pospolitej musi przysiąc, że zawsze była, jest i będzie dziewicą, podczas gdy zwykła może w przyszłości hymen stracić na rzecz małżonka. Konsekrowana zaś jako taka może zostać poślubiona jedynie Chrystusowi, oczywiście metaforycznie, a żadnych dzieci też nie będzie miała, choć kraj w potrzebie, ciamkaczy rodzi się coraz mniej, stare zgredy żyją coraz dłużej i jak tak dalej pójdzie, nie będzie miał ich kto utrzymywać.
Jak powszechnie wiadomo, bachory gdy podrosną, służą głównie do dwóch chwalebnych celów, jeden to być mięsem armatnim (dotyczy płci nazywanej umownie męską, choć ostatnio jest parę żołnierek), drugi zaś cel – rozrodczy, zalecany głównie płci damskiej – to nosić w brzuchu przyszłe mięso armatnie do celów patriotycznych oraz wyrobników harujących na emerycką biedotę. Tak się to w skrócie przedstawia, a więc jak która dama seksu nie uważa, to może wieczne dziewictwo wybrać i zyskać powszechny szacunek.
Z seksem i dziewictwem bywa różnie. Można dużo bez huku błony. Oczywiście to, o czym teraz piszę, tyczy się tylko dziewic rozpustnych, które chcą zachować wianek na noc poślubną, a nie dziewic z powołania, a więc półzakonnic.
Pod koniec czerwca kilkanaście wierzących kobiet miało być konsekrowanych, czyli przyjąć święcenia kapłańskie w miejscu owianym tajemnicą, z rąk dwóch biskupów niewymienionych z nazwiska, którym grozi za to ekskomunika. Liczba męskich powołań spada, za to liczba pedofilów wzrasta. „Czy słyszał kto o kobiecie pedofilce?”, pytają kandydatki do fachu kapłanki, bo i faktycznie, mało się o tym słyszy. Czy taka uniwersytecka dziewica konsekracyjna z Lublina nie mogłaby zostać kapłanką?
Telewizja nie stanęła na wysokości zadania i ani razu nie pokazała oblicza naszej dziewicy. Żaden talk show jej nie uwzględnił, nawet moja ulubiona Ewa Drzyzga. Pewnie tak poważna sprawa kwalifikuje się do programu „Rozmowy na początek wieku”, gdzie z należną głębią filozoficzną mówiono by o tym jako o nowym trendzie, który za naszym przykładem ogarnie białym płomieniem niewinności całą Europę. W narodzie panuje przekonanie, że czego nie pokazuje telewizja, to nie istnieje. Jak to się stało, że telemedia milczą w tak ważkiej sprawie, nie było nawet konferencji prasowej i nie wiemy, jak się taką dziewicą zostaje, czy musi ona stanąć przed komisją podobną do wojskowej, złożoną z osób duchownych czy też lekarzy? Zbyt dużo niewiadomych w tej sprawie.
Co się tyczy polityków, którym na sercu leży odwołanie do Boga, możecie mi wierzyć, że jest im to, delikatnie mówiąc, równo obojętne. Po prostu wiedzą, że w Zjednoczonej Europie nie ma na to szans, ale myślą, że naród tego żąda, a potem powiedzą: „Widzita, chłopy, my chcielim, ale te europejskie bezbożniki nie pozwoliły!”.
To się nazywa socjotechnika.

 

Wydanie: 27/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy