Różne wersje

Różne wersje

Sprawa mniemanych tortur dokonywanych podobno przez CIA na terytorium Polski wróciła i osoby publiczne zainteresowane czym innym, bo nie istotą sprawy, zaczęły powtarzać to, co mówiły poprzednim razem. W posła Palikota znowu wstąpiła nadzieja, że może tym razem uda się wyeliminować z polityki wiadomo kogo. Monotonię fałszywego oburzenia przełamała i wzbogaciła o nową treść Kathryn Bigelow swoim filmem „Wróg numer jeden”. Przedstawiając krótko polski epizod walki z terroryzmem, wskazała Gdańsk, kolebkę „Solidarności”, jako miejsce, gdzie wiadomymi metodami przesłuchiwano podejrzanych islamistów. Nie jest to zgodne z prawdą materialną, ale jest prawdziwe w sensie symbolicznym. Gdyby nie zwycięstwo „Solidarności”, polski rząd nie udostępniłby swojego terytorium amerykańskim służbom specjalnym, a nawet nie byłby o to proszony.
Film Kathryn Bigelow dodaje nowy odcień sprawie, ale jej nie kończy.
Tortury są ohydną metodą wymuszania zeznań, każdy to czuje i o tym wie. Niech więc nikt nie udaje, że jest mądrzejszy i bardziej wtajemniczony w moralność, bo protestuje przeciw torturom. Wszyscy protestujemy, dopóki nie służymy w służbach specjalnych. Nie trzeba być posiadaczem kamienia filozoficznego, żeby wiedzieć, dlaczego polskie władze najwyższe postąpiły zgodnie z wolą amerykańskich służb specjalnych. Nie mogły przecież postąpić inaczej. Premier nie był samodzierżawnym dyktatorem, który może nie liczyć się z główną siłą polityczną, jaką stanowi w Polsce „Solidarność”, a także z opinią narodu, który jest zasadniczo proamerykański i który amerykańskiego szpiega Kuklińskiego uznał za jednego z największych swoich bohaterów, chrzci ulice i place jego nazwiskiem, a harcerze składają ślubowanie, że będą go naśladować póki życia. Dosłowny opis tego stanu rzeczy może pobrzmiewać ironią, ale co do istoty rzeczy to naród ma rację. Niech nas ręka boska broni przed konfliktem z Ameryką, a nieposłuszeństwo w ważnej sprawie może do konfliktu doprowadzić. Ameryka ma drony i dziś już nikt na świecie nie może się czuć bezkarny. Oczywiście, wolno kulturalnie krytykować Amerykę, wolno upominać się o poszanowanie zasad, ale nie radziłbym z tym wybiegać przed „New York Times”. Takie czasy. Potęga amerykańska przechodzi w stadium militarystyczne, a polska polityka została demokratycznie wpisana w regionalną strategię Stanów Zjednoczonych. Trudno z góry wyrokować, jakiego to rozpadającego się kraju „ludności cywilnej” przyjdzie nam bronić w przyszłości dalekiej lub niedalekiej. W porównaniu z tym, do czego będziemy zobowiązani w przypadku zaistnienia „Libii” lub „Syrii” u naszych granic, podtapianie islamskiego terrorysty jest jak zabicie komara na nosie. Nawet mniej, bo terrorysta żyje i występuje ze skargami.

Polacy tak się pogubili w swoich zafałszowaniach historycznych, że wierzą już tylko w to, co im amerykańscy autorzy napiszą. Gdyby nie Timothy Snyder („Skrwawione ziemie Europy”), nie byliby pewni, że w Europie Środkowej i Wschodniej też były wojny, że wszyscy tu niemal walczyli ze wszystkimi, że najwięcej ludzi pomordowali ci, co mieli największe po temu środki, a więc wojska Hitlera i Stalina („idzie komunista, komunistę zabij, bach, bach, idzie faszysta, faszystę zabij, trach, trach”). Rząd polski jest posłuszny wobec rządu amerykańskiego, bo ma w tym interes, a czytelnik polski zapomina o tym, co dobrze wie, żeby zrobić miejsce w swojej głowie dla treści, jaką mu przekazuje Timothy Snyder, chociaż nie ma w tym żadnego interesu, lecz ponosi stratę. Otrzymuje np. taki towar: „ogólnie rzecz biorąc, Sowieci (po wojnie – Ł.) nie naprawili tego, co zrobili Niemcy, oni pogarszali sytuację” („Historia”, kwiecień 2012).

To nie do wiary, ale w czasopismach i gazetach codziennych tak zwanych prawicowych głoszona jest z całą powagą doktryna, że w Polsce nic istotnego się nie zmieniło (w stosunku do PRL) i że „komunizm ma się dobrze”. Dowody są przedstawiane na różnych poziomach ogólności, a że prawda powinna dawać pożytek, dziennikarze niepokorni zeszli z poziomu teoretycznego do konkretów, spodziewając się tu zmienić na swoją korzyść stosunek sił między sobą a rywalami.
Dowodem na to, że „komunizm ma się dobrze”, ma być pochodzenie niektórych ze zbyt dobrze prosperujących rywali od ojców lub matek – nie wykluczając dziadków – należących w swoim czasie do „komunistycznych” struktur władzy i wpływu.
Strona zakwestionowana odwołała się do zasady, że jednostka nie jest odpowiedzialna za czyny popełnione przez przodków, co jest oczywiste. Niestety, ta zasada jest podgryzana przez zgodę powszechną, że zasługi przodków są tytułem do chwały i bywają wynagradzane na niejeden sposób. Występuje też inna komplikacja: strona zakwestionowana także sięga do skazy genealogicznej przeciwników, gdy spodziewa się mieć z tego pożytek propagandowy. Dam niewinny przykład. W tygodniku „Polityka” dziennikarz przedstawia dwu możliwych kandydatów na przyszłych prezydentów Rosji: Kudrina i Rogozina. Kudrinowi dobrze życzy, Rogozinowi źle. Temu drugiemu wytyka między innymi wadami także pradziadka policmajstra. Stawia retoryczną kwestię: chcecie, żeby prezydentem został potomek policmajstra? (Kwestia czysto teoretyczna, bo jak wiadomo, na następcę Putina został nominowany Chodorkowski).
Teoria o nieprzerwanym trwaniu komunizmu jest głoszona bardzo namiętnie, ale nie na serio. Niepokorni zbyt dobrze dają sobie radę w życiu, aby wierzyć w takie fantasmagorie. Jeśli ktoś w to wierzy, to młodzi urodzeni w latach 80. i później; tak, ci w to wierzą. Również owe demaskacje genealogiczne nie są robione na serio, toteż dziwi mnie niezmiernie, że niektórzy z zaatakowanych jednak się tłumaczą. Najciekawsze w tym kontekście jest, jak się tłumaczą. Jeden mówi mniej więcej tak: od dziecka na złość mamie i tacie byłem antykomunistą, gdy podrosłem, wstąpiłem do podziemia i chciałem zostać żołnierzem wyklętym. Nie moja wina, że nie poległem za niepodległość. Drugi jest rozgoryczony: tak starałem się razem z kolegą zohydzić Wojciecha Jaruzelskiego, reżyser Braun by tego lepiej nie zrobił, a teraz ten Braun chce nas wystrzelać. I to ma być nagroda za moją nadgorliwość?

Wydanie: 7/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy