Krótka pamięć

KUCHNIA POLSKA

Nie tak dawno cała Polska, a przynajmniej jej niezależne media, śmiały się do rozpuku, kiedy sąd uwolnił Stanisława Tyma, satyryka, od kary, której domagał się dla niego p. Gorzkiewicz, czując się osobiście obrażony felietonem Tyma, w którym autor nazywał go “prokuratorzyną” i twierdził, że myli on funkcje prokuratora z funkcjami adwokata.
No i rzeczywiście, nie ma nic śmieszniejszego niż sytuacja, kiedy prokurator, w dodatku wojskowy, stara się zmierzyć przed sądem z zawodowym satyrykiem, w dodatku tak zabawnym jak Stanisław Tym, jeden z nielicznych ludzi, którzy są w stanie naprawdę rozśmieszyć mnie do łez.
I wszystko byłoby w największym porządku – “Z jednej strony śmiech szalony, z drugiej strony gorzka łza”, jak śpiewał kiedyś Stanisławski – gdyby nie pewien maleńki drobiazg: krótka pamięć.

Proszę sobie bowiem przypomnieć, kiedy to właściwie i z jakiej to okazji Tym tak szalenie śmiesznie napisał o prokuratorze Gorzkiewiczu w swoim felietonie, że ten aż się obraził i poszedł do sądu? Otóż podpowiem. Było to dokładnie wtedy, kiedy prokurator Gorzkiewicz, zbadawszy akta paskudnej prowokacji, jaką była tzw. sprawa Oleksego stwierdził, że premier Rzeczypospolitej nie jest rosyjskim szpiegiem i nie ma podstaw, aby wnieść przeciw niemu jakiekolwiek oskarżenie. Wtedy właśnie Tym uznał, że jest on “prokuratorzyną” i adwokatem, a nie oskarżycielem.
Nikt dotąd nie podważył opinii prokuratora Gorzkiewicza, choć upłynęło już od jego orzeczenia mnóstwo czasu. A teraz zrywamy boki ze śmiechu, że jakiś “prokuratorzyna” porwał się na satyryka i dostał po nosie, bo sąd uznał, że tekst Tyma był nieszkodliwy społecznie.
Naprawdę komiczne.
Sprawa ta jest oczywiście epizodem, na który można machnąć ręką. Ale zjawisko utraty pamięci jest zjawiskiem poważnym. Powoli, krok po kroku, potrafi ono zmieniać nie tylko poszczególne fakty, nadając im zupełnie inne znaczenie, ale i cały obraz historii.
Na zbiorową utratę pamięci obliczony jest bowiem bez wątpienia wielki wywiad prof. Wiesława Chrzanowskiego, założyciela ZChN-u, którego udzielił on świątecznemu wydaniu “Gazety Wyborczej”. Wywiad ten jest apologią zasług, jakie położyła dla Polski endecja i jej przywódca, Roman Dmowski. Podstawową, zdaniem profesora, zasługą endecji i Dmowskiego jest to, że endecja, jako jedyna siła polityczna, z ludu polskiego uczyniła naród. Brzmi to dość osobliwie w zestawieniu z niewątpliwym faktem, że kierowana nie przez narodowców przecież, lecz przez socjalistów rewolucja 1905 r. uważana jest do dzisiaj tyleż za rewolucję, co za kolejne powstanie narodowe robione rękami ludu – lecz kto pamięta takie drobiazgi?
Ale też i samo pojęcie narodu, a ściślej, polskości, jest w ujęciu Wiesława Chrzanowskiego – w ślad za Dmowskim – dość osobliwe: “Zasadniczym kryterium przynależności do narodu było kryterium etniczne, ale istniało wtedy także subiektywne rozumienie przynależności do tej wspólnoty. Jeśli ktoś aspirował do polskości, manifestował, że jest Polakiem, to ludzie orientacji narodowej prawa do bycia Polakiem mu nie odmawiali”. Ale bez przesady. “Perspektywa masowej asymilacji ludności żydowskiej budziła u narodowców daleko idącą nieufność”, przyznaje prof. Chrzanowski i wyjaśnia, że: “Wychodźcy ze środowisk tradycyjnych, starozakonnych, mimo zerwania z religijną ortodoksją, są zbyt odmienni mentalnie, by w pełni przyjąć wzorce polskie”. Dotyczy to także takich odmiennych mentalnie osobników, jak np. Bolesław Leśmian, Julian Tuwim czy Antoni Słonimski. A nawet z nimi właśnie, przez to, że tak się spolonizowali, kłopot jest jeszcze większy i endecja obawiała się, że: “Z powodu różnic cywilizacyjnych masowa asymilacja ludności żydowskiej rozsadzi obyczajowość i kulturę polską i zmieni ją nie do poznania. Paradoksalnie więc, w latach międzywojennych nowoczesna koncepcja narodu jako wspólnoty narodowej okazała się argumentem przeciw masowej asymilacji polskich Żydów”.
Oczywiście, każdy argument jest dobry, mimo to profesor nie widzi żadnego związku pomiędzy owymi argumentami endecji, a tym, co się stało w Jedwabnem i innych miejscowościach, chociaż mimochodem przyznaje, że wpływy narodowe na tych właśnie terenach były mocno ugruntowane. W istocie jednak to Żydzi, a nie antysemici byli prawdziwą przyczyną podobnych nieszczęść. “Polski antysemityzm pojawił się jako reakcja na problem żydowski”, ten zaś polegał na tym, że Żydzi “W większości byli niesłychanie biedni, ale właśnie dlatego stanowili wielką konkurencję dla Polaków. Solidarnie, zaciekle bronili swego stanu posiadania, bo utrzymanie warsztatu pracy oznaczało po prostu przeżycie rodziny”.
Nie mniejszy jednak problem niż z biednymi Żydami, którzy zbyt zaciekle chcieli przeżyć, był z Żydami zamożniejszymi, którzy “Byli nadreprezentowani w wolnych zawodach – literaturze, dziennikarstwie, adwokaturze. I, oczywiście, w handlu i usługach. Bardzo wielu w stosunku do ludności żydowskiej było także studentów” co, jak wiemy, endecja starała się skutecznie regulować przez numerus clausus – legalne, oficjalne prawo antysemickie, czym przedwojenna Polska upodobniała się do swego zachodniego sąsiada. W tej też sytuacji “Ruch narodowy starał się nadać tej niechęci do społeczności żydowskiej ramy organizacyjne i programowe”, mówi enigmatycznie profesor. Gdy jednak patrzymy na zdobiące jego wywiad zdjęcie pochodu Stronnictwa Narodowego z 1938 roku, na którym oglądamy na poły umundurowanych wyrostków z pałkami w dłoni, rozumiemy, że profesor Chrzanowski (czy też zecer z “Gazety Wyborczej”?) po prostu się pomylił i nie chodziło tu o żadne “ramy programowe”, lecz ramy pogromowe.
Dajmy jednak spokój endeckiemu antysemityzmowi – jest to tak oczywiste, że aż nie warto o tym dłużej mówić. Najbardziej zdumiewające w wywiadzie prof. Wiesława Chrzanowskiego jest to, że przedstawia on całą niemal nowoczesną historię Polski jako triumf narodowców. To oni, bojkotując Legiony Piłsudskiego, uratowali Polskę przed nieszczęściem, jakim mogłoby być powszechne powstanie narodowe. “Naszą ideę z końca lat 30. przesunięcia po ewentualnej wojnie z Niemcami granicy na Odrę ostatecznie przechwycili komuniści. Z kolei lewicowa opozycja z lat 70., przede wszystkim KOR, posłużyła się w swej działalności koncepcją ruchu narodowego z przełomu wieków, tak zwanej obrony czynnej”. I tak dalej.
“Zniknął ruch polityczny. Idee zostały”, mówi Chrzanowski. I można je nadal wciskać w głowy ogłupiałego społeczeństwa o dziwnie krótkiej pamięci.

KTT

Wydanie: 17/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy