Antykomunizm rewiduje wojnę światową

Antykomunizm rewiduje wojnę światową

Polityka historyczna nie wyznacza kierunku realnej polityce, jak chcieliby owi polityczni historycy. Ona za rzeczywistą polityką podąża, czasami błądząc po drodze, a bywa, że wyskakuje do przodu i wówczas może się wydawać awangardą. Nie wywołuje podziału na wrogów i sojuszników, lecz z niego pochodzi.
Wyobrażenia historyczne w zasadzie dostosowują się do aktualnego stanu sojuszy i tym się tłumaczy stopniowe przyjmowanie w Polsce niemieckiego spojrzenia na II wojnę światową. Niemiecki najazd i okupacja schodzą na dalszy plan, na pierwsze miejsce wysuwa się „najazd radziecki”, jak coraz częściej nazywane jest przesuwanie się frontu walk Armii Radzieckiej z Niemcami przez teren Polski. Rosjanie myślą, że Polskę wyzwolili, Polacy, którzy wojnę przeżyli w kraju, a nie w Londynie, byli pewni, że Armia Radziecka ich ocaliła, ale już pokolenie wychowane przez telewizję i szkołę w Polsce solidarnościowej wie, że armia rosyjska zburzyła nasze miasta Gdańsk i Wrocław, a Putin nie chce się z tego wytłumaczyć. Tak w konkretach działa prawo przystosowania się wyobrażeń historycznych do zaistniałego stanu sojuszy.
Nie Stany Zjednoczone są obecnie naszym głównym sojusznikiem, lecz Niemcy. Ameryka jest za wielka, aby być czyimkolwiek sojusznikiem. Jest hegemonem. Jak pokazała afera podsłuchowa, specjalne więzi, silniejsze zresztą niż międzypaństwowe sojusze, łączą Amerykę z narodami anglosaskimi, Wielką Brytanią, Australią i Nową Zelandią, a nie z Niemcami czy Francją, nie mówiąc o Polsce. Naszym rzeczywistym sojusznikiem obecnie – a żaden sojusz nie jest wieczny – są Niemcy. One płacą za materialne przemiany w Polsce, dają pracę milionowi bodajże Polaków oraz dyskretnie i przyjaźnie sprawują opiekę nad polskimi rządami, aby nie popełniały zbyt rażących głupstw w swojej polityce zagranicznej.
Polityka historyczna rozpędzona w kierunku tego sojuszu dochodzi do skrajności, których sojusznik sobie nie życzy i bywa z ich powodu mocno zażenowany. Zaraz po przejęciu władzy przez obóz solidarnościowy pewien znany z czasów PRL dziennikarz rzucił prawie od niechcenia retrospektywne hasło, że w 1939 r. należało się sprzymierzyć z Niemcami i razem wyruszyć na Moskwę. Przyjęto śmiałą myśl wzruszeniem ramion. Następnie ta myśl doczekała się opracowania profesorskiego i zyskiwała coraz śmielszych wyznawców. Wreszcie wizja defilady wojsk niemieckich i polskich na placu Czerwonym zaczęła wchodzić do wyobraźni patriotycznej. Książka, której autor twierdzi, że zły pakt Ribbentrop-Mołotow należało zażegnać dobrym paktem Ribbentrop-Beck, stała się bestsellerem. Bardzo się ta książka podobała młodzieży. Konsekwentnie rozwijając założenie, autor napisał drugi bestseller, w którym dowodzi, że powstanie warszawskie było karygodnym błędem, a nawet obłędem. Nie ze względu na zniszczenie Warszawy, jakie sprowokowało, lecz dlatego, że było wywołane przeciw Niemcom. Gdyby za cel wzięto Sowiety, ze zniszczeniami należałoby się pogodzić. Co prawda, mówi się, że powstanie w wymiarze politycznym miało taki właśnie cel, ale to tylko spóźnione samousprawiedliwienie. Cytuję dosłownie: „Gdyby więc rzeczywiście Powstanie – jak nam się wmawia – było antysowieckie, to Armia Krajowa powinna była przeczekać, aż Niemcy wycofają się z Warszawy, i wkraczających do miasta bolszewików przyjąć kulami karabinowymi, butelkami z benzyną i granatami. Skutek byłby ten sam: oddziały Armii Krajowej zostałyby unicestwione, Warszawa zostałaby zrównana z ziemią, a jej ludność – wyrżnięta. Tyle że przez Armię Czerwoną. Ale przynajmniej byłby to dobitny protest przeciwko oddaniu Polski na pastwę Stalina. Nic takiego jednak nie zrobiono, ba, o niczym podobnym nawet nie myślano” (P. Zychowicz, „Obłęd ‘44”, s. 235-236). Rozbudzeni politycznie i patriotycznie licealiści, studenci i doktorzy historii najnowszej przyjmują takie poglądy jako coś naturalnego, słusznego, tkwiącego już w tym, czego ich uczy państwo swoimi uchwałami sejmowymi, filmami, pomnikami i wszystkimi innymi dostępnymi sobie środkami urabiania umysłów.
Mieliśmy w czasie wojny jeszcze drugiego wroga, nie tak potężnego jak hitlerowskie Niemcy, ale okrutniejszego. Dziś na mocy wishful thinking warszawskich rządów Polska pozostaje w supersojuszniczych stosunkach z Ukrainą i sprawuje nad nią w swoim mniemaniu dobroczynną kuratelę. W tym sojuszu polityka historyczna odgrywa zdecydowanie większą rolę niżeli polityka w sensie dosłownym. Kłopotem dla Warszawy jest pamięć rzezi wołyńskich i wschodniogalicyjskich dokonanych przez UPA, organizację, której za wschodnią granicą przypisuje się największą rolę w oswobodzeniu Ukrainy. Toteż chwili przyjemności dostarcza robione od czasu do czasu to samo odkrycie, że polscy „żołnierze wyklęci” zawarli w 1945 r. braterstwo broni z UPA w celu zabijania polskich milicjantów, członków PPR, urzędników nowej władzy w rodzaju Szczuki z „Popiołu i diamentu”. „W maju 1945 r. – pisze dużymi literami „Ale Historia”, dodatek do „Gazety Wyborczej” – poakowskie podziemie dogadywało się z UPA w sprawie wspólnej walki z komunistami” („Gazeta Wyborcza”, dodatek „Ale Historia”, 28 października 2013 r.). Ta wspólna walka z „komunistami” przedstawiona jest jako czyn chwalebny.

Wydanie: 46/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

  1. mironmis
    mironmis 24 listopada, 2013, 13:51

    Marzący się części prawicy spóźniony sojusz z Hitlerem, świadczy o fałszu dotyczącym innej sprawy. Prawica najbardziej protestowała przeciw określaniu jako polskie obozów koncentracyjnych, obnosząc się przed światem z krzywdą, jakiej doznała. Histerią odpowiadała na spowiadanie się z pogromu w Jedwabnem. Ten krzyk z punktu widzenia jawnie nazistowskich ciągot trąci obłudą. Może Polska powinna mieć rzeczywisty udział w holokauście, a prawica wolałaby tłumaczyć się po wsze czasy z czynów, a nie zamiarów, których nie udało jej się przez niewłaściwe sojusze zrealizować.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy