W obliczu przedwczesnego końca

W obliczu przedwczesnego końca

Zjazd działaczy SLD uwidocznił, że ta partia znajduje się w gorszym stanie, niż można się było obawiać. Rozwiało się złudzenie, że istnieje w niej nurt reformatorski zdolny do głębszej analizy położenia partii, przedstawienia lepszego programu i – co może najważniejsze – przemawiania naturalną polszczyzną. Projekt uchwały zaproponowany przez dziesięcioro kontestatorów, w końcu przyjęty przez zgromadzenie, zawierał same banały, przeżute już przez wszystkie gazety i tabloidy. Nie przypuszczam, żeby poza salą obrad ta uchwała mogła spowodować co innego niż znudzenie. Jeżeli tylko tyle mają do powiedzenia nowatorzy, to co wyborcy mogą sobie pomyśleć o reszcie? „Płacimy wysoką cenę za nieakceptowalny przez społeczeństwo sposób rządzenia”. Banał jest szkodliwy, ponieważ unieruchamia myślenie. Jak ptak nie mógłby latać, nie mając oporu powietrza pod skrzydłami, tak umysł ma utrudnione ruchy wśród banałów. Gdy autorzy uchwały wychodzą poza banały, błędnie identyfikują przyczyny niepopularności rządu. SLD wygrał wybory czterdziestoma procentami głosów, a więc większość społeczeństwa miał przeciw sobie od początku. Do tej sumarycznej antyeseldowskiej większości trzeba jeszcze dodać coś, co jest nie mniej ważne, a mianowicie prasę, telewizję, radiostacje, ogromny kościelny aparat pastoralny. Przeciwnicy SLD są bardziej energiczni pod względem intelektualnym, wydają masę książek, mają dużo i dobrych czasopism, podczas gdy na lewicy istnieje znakomity, jeden z najlepszych w Polsce, ale tylko jeden miesięcznik „Dziś”. Dalej: fundacje polskie i zagraniczne, z których część rozwija efektywną działalność skierowaną przeciw lewicy. Cała ta „nadbudowa” była z góry usposobiona do krytyki rządu eseldowskiego. Cokolwiek by zrobił, jakikolwiek „sposób rządzenia” by zastosował, byłby systematycznie zwalczany. W Polsce aprobatę większości społeczeństwa może zdobyć tylko „rząd moralny”. Taki „rząd” stanowią ci, którzy występują jako krytycy, nauczyciele moralności, głosiciele jakiejś „dobrej nowiny” socjalnej czy politycznej, tropiciele korupcji i tym podobni. „Solidarność” cieszyła się aprobatą niemal powszechną, dopóki była „rządem moralnym”. Gdy zaczęła rządzić realnie, raz i drugi od władzy była odsuwana i teraz żadna partia nie zaleca się wyborcom jako kontynuatorka rządów solidarnościowych.
Chcąc rzeczowo ocenić rząd Leszka Millera, trzeba przyjąć jakieś obiektywne kryterium, niezależnie od opinii tych, którzy od początku byli jego przeciwnikami. Moim zdaniem, ta ocena wypadnie pozytywnie, mimo kilku poważnych błędów. Po dwóch latach nie nastąpiło w Polsce pogorszenie pod żadnym względem zależnym od rządu. Nie nastąpiło nic, co można by porównać ze szkodliwością reform rządu Jerzego Buzka. Sytuacja gospodarcza wyraźnie się poprawia. Jak to dobrze, że stan gospodarki można wyrazić matematycznie! Wzrost gospodarczy, dwa lata temu zerowy, osiągnął już cztery procent. Drugim faktem wskaźnikowym są stosunki z krajami Unii Europejskiej. Te się pogorszyły bez ważnej przyczyny, ale wina spada na całą klasę polityczną, w większym stopniu na opozycję niż na rząd, ubezwłasnowolniony przez Sejm. Jeśli chodzi o postępującą korozję państwa i korupcję społeczeństwa obywatelskiego, to mamy do czynienia z procesami przekraczającymi zarówno władzę, jak i zdolność analizy tego rządu oraz następnego. Bez potężnego wstrząsu nikt nie poczuje się zmuszony przyjąć do wiadomości tego, co się z polskim państwem dzieje.
Kierownictwo SLD wraz z rządem ciężko zawiniło wobec swoich wyborców. Można mówić o sprzeniewierzeniu się niepisanym, ale rzeczywistym zobowiązaniom. Odmówiło zajęcia stanowiska w konfliktowych kwestiach politycznych i ideowych, obawiając się zaognienia stosunków z przeciwnikami i nie licząc się zupełnie ze swoją bazą społeczną. W tym duchu jest też utrzymana uchwała konwencji SLD, zgłoszona przez wewnątrzpartyjny „rząd moralny” pod przewodem (jeśli prasa pisała prawdę) marszałka Marka Borowskiego.
Mówiąc o błędach Sojuszu, autorzy uchwały na pierwszym miejscu wymieniają: „sprawa Rywina – jako przykład instrumentalnego traktowania ładu medialnego”. Jest to tak napisane, że nie wiadomo, czy on ukradł rower, czy jemu ukradli. W jakim sensie i w jaki sposób sprawa Rywina obciąża SLD? Czy zgromadzenie działaczy przyznaje, że Rywin był korupcyjnym emisariuszem jakichś kręgów partyjnych? Działacze SLD, zwłaszcza ci z najwyższego kręgu, do tego stopnia ulegają propagandzie przeciwników, że i takie pytanie trzeba zadać. Dziwne, że Marek Borowski w tej sprawie stawia zarzuty, zamiast wytłumaczyć się ze swojej roli. Istota afery Rywina sprowadza się do funkcjonowania sejmowej Komisji Śledczej. Ta komisja się skompromitowała. Jej postępowanie urąga prawu i moralności. W ciągu trwania III RP nic tak nie poniżyło autorytetu państwa jak ta komisja. Czy marszałek Sejmu nie poczuwa się w związku z tym do żadnej odpowiedzialności, choćby moralnej, jeśli nie politycznej? Jego zastępca, przewodniczący Komisji Śledczej, daje fantasmagoryczne interpretacje informacjom wyselekcjonowanym pod z góry powziętą tezę. Szkaluje niewinnych ludzi. Nie słyszano, aby marszałek Sejmu od tego się zdystansował. Czy warcholstwo zauważa dopiero wtedy, gdy trybuna sejmowa jest okupowana?
Co znaczy zarzut „instrumentalnego traktowania ładu medialnego”? Co to za elipsa, co to za skrót myślowy? Chyba nie jest ład medialny celem samym w sobie, lecz z natury rzeczy środkiem do czegoś. Czy ma to być potwierdzenie niepoważnej insynuacji wicemarszałka Nałęcza, że ustawa o mediach była tworzona dla korzyści lewicy, która była jeszcze w opozycji, ale na mocy przedustawnej harmonii miała zagwarantowane zwycięstwo wyborcze? I konwencja SLD teraz protestuje przeciw takiemu celowi ustawy?
Dr Jerzy Głuszyński wymieniając błędy rządu, powiedział „Przeglądowi”: „Jak można było przegrać ideę wzmacniania mediów publicznych? W tej sprawie z natury rzeczy SLD miał sojusznika w elektoracie, a nawet w partiach opozycyjnych”. Niestety, nie miał sojusznika w marszałku Sejmu. Marek Borowski wniósł swój wkład do tego, aby ustawa, jedna z nielicznych, które mogły zjednać wyborców, nie doszła do skutku. Działacze SLD zamiast wziąć w obronę osoby, które nad ustawą pracowały, a teraz są obiektem nagonki ze strony wicemarszałka Nałęcza i mediów komercyjnych, dystansują się od nich cynicznie i tchórzliwie.
Myślenie, jakie zaprezentowali uczestnicy konwencji SLD, a zwłaszcza „rząd moralny”, wróży partii jak najgorzej. Krzysztof Janik zwierzył się w telewizji, że jego marzeniem jest zostać prostym, zwykłym posłem, który poświęca się użytecznej, ciężkiej pracy w sejmowej komisji. Obawiam się, że to marzenie może się nie spełnić. SLD niczego nie robi, aby odnowić emocjonalną więź ze swymi dawnymi wyborcami. Gorzej – obierając błędną drogę odnowy, zrywa te związki, które jeszcze pozostały. Nie mam nic przeciwko Andrzejowi Celińskiemu, życzę mu, aby po długim przebywaniu na świecznikach – solidarnościowym i eseldowskim – dorobił się własnej partii, ale jeśli na przewodniczącego partii wysuwana jest kandydatura kogoś, kto jest wewnętrznym echem propagandy przeciwników tej partii, kto robiąc cokolwiek, troszczy się zawsze o to, co o nim pomyślą ludzie ze środowiska, które opuścił, i stawia publicznie w wielu wariantach pytanie „co ja tu robię”, to znaczy, że ta partia całkowicie straciła orientację i znajduje się tuż przed zakończeniem swojej egzystencji.

Wydanie: 12/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy