„Pasja”, czyli kicz

„Pasja” Mela Gibsona jest kiczem.
Artystycznym, myślowym i religijnym.
Krytyka dyskretnie pomija ten drobiazg. W „Pasji” nie ma ani jednej postaci aktorskiej, łącznie z postacią Jezusa, którą warto byłoby zapamiętać, nie ma ani jednej sceny, która wyróżniałaby się oryginalnością, ani jednego dylematu moralnego lub intelektualnego, który widz musiałby rozstrzygnąć.
Tak być musiało, nie przypominam sobie bowiem ani jednego filmu będącego adaptacją tekstów biblijnych lub ewangelicznych, od „Dziesięciu przykazań” Cecila B. de Mille’a poczynając, który stałby się dziełem sztuki. Uniemożliwiają to zarówno z góry zdecydowany podział na dobro i zło, nienaruszalność charakteru postaci, jak i powszechna znajomość treści przez widownię, która nie może tolerować żadnych odstępstw od przebiegu opowieści. Artyście pozostaje więc jedynie popis inscenizacyjny, który zawsze wypaść musi płasko, ponieważ tworzywem Biblii jest słowo z całą jego profetyczną wieloznacznością, zaś tworzywem filmu jest konkret wizualny z całą jego zawsze wątpliwą w wypadku postaci i scen biblijnych jednoznacznością.
I nie byłoby powodu pisać o filmie Gibsona, gdyby nie dyskusja, jaka wokół niego się rozwinęła, tworząc również wrażenie kiczowatej. Chodzi w niej o to, czy film ten roznieca nastroje antysemickie, przedstawiając Żydów jako bogobójców, i czy jego wymowa jest zgodna z doktryną Vaticanum II, według którego, jak mówi ksiądz profesor John T. Pawlikowski („Przegląd”, 14 marca br.), „to przede wszystkim Rzymianie odgrywają rolę sprawczą i wykonawczą w śmierci Syna Bożego i ponoszą za nią odpowiedzialność”.
Otóż jeśli film ten podnieca takie myśli, wskazuje to na dalsze jego ułomności, tym razem myślowe i moralne. Utwór bowiem o męczeństwie i śmierci Jezusa można robić z dwóch perspektyw – religijnej i historycznej. Z perspektywy religijnej, mistycznej jest kompletnie obojętne, czy Jezus został zamordowany przez Żydów, Rzymian czy kogokolwiek innego, ponieważ sensem moralnym tego zdarzenia jest to, że został on ukrzyżowany przez l u d z i, którym przez swoją śmierć miał przynieść odkupienie.
Intencja Gibsona, aby podkreślić napastliwość kapłanów żydowskich wobec ambiwalentnej postawy urzędników rzymskich, jest niewątpliwie intencją antysemicką, jeśli zapomni się oczywiście, że Jezus z Nazaretu też był Żydem, a więc można by także powiedzieć, że cały ten dramat był w istocie dramatem wewnątrzżydowskim, nie zaś uniwersalnym. Ale przekładanie winy za ukrzyżowanie na inne nacje, tym razem na Rzymian, oznacza przyjęcie tej samej perspektywy, niezgodnej z uniwersalną ideą moralną chrystianizmu. Gibson zdecydował się na płaskość myślową i moralną swego filmu, dopuszczając akcenty antysemickie, za czym jednak podążyli także jego polemiści, znajdując się, często mimowolnie, w tym samym kręgu moralnego kiczu.
Płaskość, kiczowatość perspektywy Gibsona przegląda się także w naturalistycznych scenach kaźni i męczeństwa. Pomijając już kwestię, że żaden człowiek nie przeżyłby fizycznie pokazanych na ekranie scen biczowania, doszukiwanie się w nich właśnie i w ich dosłowności szczególnych cech męki Jezusa jest naiwnością. Można przytoczyć z ostatniego choćby stulecia setki, jeśli nie tysiące przykładów męczarni nieporównanie bardziej wyrafinowanych i okrutnych, którym ludzie poddawali innych ludzi, i licytacja taka nie ma końca, ale także sensu. Gibson puszczając wodze swojej dość monotonnej wyobraźni sadystycznej, nie rozumie po prostu, że cała opowieść o męce Jezusa ma wartość jako metafora moralna, a nie jako pokaz fizyczny, którym autor „Pasji „stara się nas przekonywać o wielkości tego zdarzenia. Jest w tym względzie prymitywem religijnym, jak prymitywami są pokazywani przez niego oprawcy.
Istnieje jednak także, jak powiedziałem, teoretyczna przynajmniej możliwość przedstawienia historii Jezusa z Nazaretu z pozycji laickich, to znaczy historycznych. Próby takie podejmowane są od dawna w literaturze i ich wyniki są zajmujące. Zwraca się tu więc uwagę na ścisły związek pojmania i śmierci Jezusa z wydarzeniem wcześniejszym, jakim był jego wjazd do Jerozolimy – Niedziela Palmowa – który badacze rozumieją jako nieudaną próbę powstania, związaną z ruchem zelotów. Skoro zaś tak, to Rzym, okupujący Ziemię Świętą, rzeczywiście miał powody, aby wyłapać i skazać uczestników tego powstania, zagrażającego władzy imperium.
W tym świetle jednak cała historia Męki Pańskiej traci sens mistyczny, przekładając się na konflikt polityczny o znaczeniu lokalnym. „Dobry człowiek, więzień polityczny”, pisał o Jezusie w wierszu „Via Dolorosa” Władysław Broniewski. Motyw religijny gra tu rolę drugorzędną, wyraża się jako konflikt konformistycznie nastawionego Sanhedrynu, który w okresie panowania rzymskiego stanowił reprezentację ludności żydowskiej wobec Rzymian, z buntowniczymi zelotami. Jest tu miejsce na rozliczanie win narodów i ugrupowań, ale czy jest to nadal Historia Święta?
Badacze laiccy zwracają też uwagę na zawiłości procesu Jezusa, składającego się z licznych odwołań i apelacji – wyraża to zwrot o chodzeniu „od Annasza do Kajfasza” – niektórzy wręcz posuwają się do twierdzenia, że Jezus został skazany według ówczesnego prawa lege artis.
Ale czy faktycznie chodziło o jego śmierć? Niektórzy mają co do tego wątpliwości, zwracając uwagę na sam przebieg i sposób ukrzyżowania. Twierdzi się więc, że skazanym na ten rodzaj śmierci, dość wówczas powszechny, łamano golenie, na skutek czego śmierć następowała przez uduszenie – ukrzyżowany z bólu nie mógł oprzeć się na nogach, pod którymi umieszczano podpórkę, nie mógł także podciągnąć się na przebitych rękach, przez co tracił możność oddychania. Samo wiszenie na krzyżu, bez złamanych goleni, mogło trwać bardzo długo, wiele dni i samo przez się nie musiało powodować śmierci. W wypadku ukrzyżowania Jezusa dalszą zagadką jest także to, że został on ukrzyżowany w piątek, podczas gdy według prawa i obyczaju skazaniec nie mógł wisieć na krzyżu w szabes, zapadający w piątkowy wieczór. Według tej więc wersji, przyczyną śmierci Jezusa był nie krzyż, lecz przebicie boku włócznią, niewykluczone, że przypadkowe.
Cytuję tu te opinie, zaczerpnięte z lektur, nie po to, aby twierdzić, że taki właśnie, historyczno-laicki mógłby być film Gibsona. Nie mógłby być takim z tysiąca powodów. Natomiast próba sprowadzenia religijnej metafory do wymiarów realnych i dosłownych z równoczesnym pominięciem wszystkich wątpliwości historycznych i naukowych, których wymagałaby taka dociekliwość, jest kiczem intelektualnym.

 

 

Wydanie: 13/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy