Więcej biedy – mniej wolności

Strefa ubóstwa w naszym kraju znowu drastycznie się zwiększyła. W 1999 r. nastąpił kolejny wzrost liczby osób bez pracy (stopa zarejestrowanego bezrobocia przekroczyła już 12%!). Większa była niż w poprzednich latach liczba pracowników osiągających w gospodarce narodowej wynagrodzenia niższe od przeciętnego w skali krajowej. Więcej też mieliśmy emerytów i rencistów otrzymujących świadczenia poniżej przeciętnej renty i emerytury. Pogłębiła się rażąca dysproporcja między dochodami poszczególnych grup ludności. Są to tylko niektóre informacje o degradacji socjalnej naszego społeczeństwa, które na podstawie publikacji naukowych i wyników badań GUS podała „Rzeczpospolita” z 31.12.99-2.01.2000 r. (W. Łagodziński Ubóstwo – fragmenty obrazu).

W świetle tych ponurych statystyk nie ma już wątpliwości, że Trzecia Rzeczpospolita nie jest państwem sprawiedliwości społecznej. Jest to stan niezgodny z ustrojową zasadą wyrażoną w art. 2 konstytucji. W Polsce współczesnej nie jest realizowana idea wolności „od lęku i niedostatku”, do której ponad pół wieku temu (10.12.1948 r.) odwołało się Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych, uchwalając Powszechną Deklarację Praw Człowieka.

Doświadczenia wczesnego, wolnokonkurencyjnego kapitalizmu uczą, że wolności od nędzy nie może być w społeczeństwie, w którym panuje nieokiełznana wolność gospodarcza, pozwalająca właścicielom środków produkcji wyrzucać robotników z pracy i dyktować proletariatowi głodowe stawki płac. Wolności gospodarczej nie towarzyszy w takim ustroju wolność od biedy i codziennego lęku przed utratą pracy.

Harmonia między wspomnianymi wolnościami może być osiągnięta tylko w takim państwie, w którym istnieje równolegle trzeci rodzaj wolności: politycznej. Jest to wolność podstawowa. Gwarantuje wszystkim wolność słowa swobodę zrzeszania się i odbywania pokojowych zgromadzeń, na których ludzie wyzyskiwani mogą protestować przeciw wszelkim formom niesprawiedliwości. Wolność polityczna znalazła ostatnio w stanie poważnego zagrożenia, gdy posłowie spod znaku rządzącej koalicji wystąpili w Sejmie z projektem zmiany prawa o zgromadzeniach z 1990 r. Argumentując obłudnie, że chodzi im tylko o „ucywilizowanie” zgromadzeń, wnieśli do obowiązującej ustawy poprawki przekreślające właściwe prawo obywateli do organizowania legalnych zgromadzeń. W rzeczywistości celem nowelizacji ustawy miało być odebrane głosu ludziom niezadowolonym z rządów nieudolnej koalicji.

Korzystanie z wolności zgromadzeń może podlegać, podobnie jak wszelkich innych praw i wolności, wyjątkowym ograniczeniom, które są konieczne w demokratycznym społeczeństwie dla zapewnienia bezpieczeństwa, porządku publicznego, dla ochrony zdrowia lub moralności publicznej, albo praw i wolności innych osób. Ograniczenia te nie mogą jednak unicestwić samego prawa do pokojowego zgromadzania się przez nazbyt restrykcyjne wymagania. Już w 1994 r. Trybunał Konstytucyjny stwierdził (na skutek wniosku, który złożyłem jako ówczesny rzecznik praw obywatelskich), że „ograniczenie wolności zgromadzeń musi być traktowane jako coś wyjątkowego i nie naruszającego samej istoty wolności” (uchwała z 16.03.1994 r.).

Projektowana nowelizacja ugodziła w sposób oczywisty w prawo do organizowania zgromadzeń, uzależniła bowiem prawo do odbycia zgromadzenia od zgody organu administracji, na którą organizatorzy zgromadzenia musieliby czekać nieraz wiele dni. Obecnie do rozpoczęcia demonstracji wystarczy upływ 3 dni od zawiadomienia o planowanym jej terminie. Możność protestowania przeciw jakimś nieoczekiwany, nagłym pogwałceniom swobód demokratycznych sprowadzona została w tym bulwersującym projekcie do zupełnej fikcji.

Zamach na wolność zgromadzeń świadczy, jak głęboko zakorzeniona jest w świadomości naszych „elit” antydemokratyczna mentalność sięgająca swym rodowodem do PRL-owskiej konstytucji (zwanej stalinowską). Była w niej szumna, lecz pusta deklaracja, głosząca, ze „Polska Rzeczpospolita Ludowa zapewnia obywatelom wolność słowa, druku, zgromadzeń i wieców, pochodów i manifestacji”. Były to tylko czcze obietnice, o czysto propagandowym wydźwięku. W rzeczywistości, gdy zdesperowani obywatele podejmowali próby korzystania z owych fikcyjnych praw, odsądzani byli od czci i wiary jako „burzyciele porządku publicznego”. Dzisiaj tak samo w oczach prezydenta Warszawy, posła UW, obowiązujące, demokratyczne prawo o zgromadzeniach premiuje „warcholstwo i bałagan”.

Sejm odrzucił projekt kagańcowej ustawy w pierwszym czytaniu. Szczególną niesławą okryło się 37 posłów Unii Wolności, którzy głosowali za skierowaniem antywolnościowego projektu, cofającego nas wstecz do czasów PRL-owskich, do dalszych prac w komisji w celu znowelizowania obowiązującej od 1990 r. ustawy na niekorzyść obywateli. Przykład takiego rozumienia „wolności” dał sam Leszek Balcerowicz, lider partii, która wypisała na swoich sztandarach wolnościowe hasło. Głosując za ograniczeniem podstawowej wolności politycznej, umieszczonej na czołowym miejscu w konstytucji pod tytułem „Wolności i prawa polityczne”, przewodniczący UW zapomniał najwidoczniej, co napisał w książce „Wolność i rozwój. Ekonomia wolnego rynku” (Wyd. Znak, Kraków 1995). Stwierdził w niej najwyraźniej, że „wolności politycznej nie da się odłączyć od wolności obywatelskich oraz dużego zakresu wolności gospodarczej, czyli rynkowego kapitalizmu” (s. 16).

„Afera” z prawem o zgromadzeniach ujawniła jeszcze jedno niedomaganie w świadomości prawnej posłów. Nie dotarła do nich prawda dawno już odkryta, iż najostrzejsze nawet przepisy prawne są wobec gniewu ludu bezskuteczne. Zamiast szukać nowych sankcji i ograniczeń w obowiązującej ustawie, należy ją skrupulatnie stosować. Ale tego pewnie nie chcą nowi „zamordyści”. Licząc się z wybuchami narastającego z dnia na dzień społecznego wrzenia, chcą w ogóle zamknąć usta ludziom zrozpaczonym.

Logika rewolucyjnych ruchów jest jednak nieubłagana. Bieda rodzi niezadowolenie i pcha ludzi do protestów, tych zaś jak lawiny nic nie powstrzyma, tych zaś jak lawiny nic nie powstrzyma. A tu ciągle powtarza się czarny scenariusz walki władzy ze społeczeństwem. Na ludzką desperację, wywołaną nędzą, rządzący nie potrafią inaczej reagować, jak likwidacją podstawowych praw politycznych. Im więcej biedy, tym mniej wolności!

Dzisiaj widać już jak na dłoni, do czego doprowadziła teoria, jaką na początku solidarnościowej transformacji głosił m.in. Jacek Kuroń: najpierw zbudujmy kapitalizm, a później dopiero socjaldemokrację. W każdym demokratycznym ustroju musi istnieć system trzech rodzajów wolności, które są ze sobą nierozerwalnie związane i wzajemnie się równoważą: wolności polityczne, gospodarcze i tzw. wolność pozytywna – do godnych warunków życia.

Wydanie: 4/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy