Tryumf Zygmunta Wrzodaka

ZAPISKI POLITYCZNE

Prezydenta RP postawiono w arcytrudnej sytuacji. By uniknąć perturbacji powyborczych, gdyby je przeprowadzić wedle starej ordynacji, musiał on podpisać nową, zrodzoną z politycznej łobuzerki. Czas to nazwać po imieniu. Zmiany w ordynacji – dokonywane na kilka miesięcy przed wyborami i podporządkowane wynikom sondaży opinii publicznej – zasługują na potępienie. Uczciwi ludzie tak nie postępują. Trzeba być cynicznym graczem, nędznym politykierem, by stosować takie chwyty, na dodatek dość niebezpieczne dla pomysłodawców, gdyż może się zdarzyć, iż elektorat po uświadomieniu sobie, że łobuzy pragnęły go oszukać, poprze ze zdwojoną siłą lewicową stronę areny politycznej. Będę do tego namawiał wyborców, gdyż na horyzoncie nie widać innej kary za takie jawne bezeceństwo.

Ale jeśli nawet elektorat nie wykona sprawiedliwego wyroku na prawicy i nie zepchnie jej do roli małego marginesu na sali sejmowej, to przez długie lata pozostanie otwarte pytanie o to, co się stało z naszą polityczną reprezentacją Polaków, iż w trosce o własne mandaty sejmowe zniża się do niegodziwych gier. Przecież poparcie, jakiego doznaliśmy w roku 1989 – ze strony olbrzymiej części społeczeństwa – było wynikiem jednoznacznego sprzeciwu wobec wszelkiej nieprawości politycznej, jaka nas gnębiła przez długie lata istnienia PRL. Uwierzono nam, ludziom “Solidarności”, że dążymy do państwa nie tylko prawa, ale i prawości etycznej, nie tylko do sprawiedliwości, ale i do elementarnej przyzwoitości postępowania w każdej rozgrywce politycznej. Zarówno my sami, jak i miliony naszych wyborców odrzucaliśmy obrzydliwe pomówienia Zygmunta Wrzodaka z ursuskiej “Solidarności”, oskarżające posłów i senatorów, że po robotniczych plecach wdrapaliśmy się na wysokie stanowiska w kraju i tak rządzimy, byśmy się sami mogli jak najlepiej urządzić. To, co głosił nieszczęsny Wrzodak, wydawało się nam podłe i zawistne, ale nie trzeba było długo czekać na sprawdzenie się w praktyce surowych sądów kreującego się na trybuna ludu związkowca. Gdy tylko – legitymujący się “solidarnościowym” rodowodem – macherzy polityczni zdobyli w wyborach 1997 roku władzę, natychmiast pokazali, że są zdolni dokładnie do tego samego, co zwalczali przez wiele lat u swoich przeciwników, określanych ogólnym mianem komuny. Diagnoza Zygmunta Wrzodaka z jednoznacznie obraźliwej zaczęła się stawać realistycznym opisem politycznych układów.
Co gorsza, ludzie, którzy umieli niejedno przecierpieć dla dobra naszej wolnościowej sprawy, nie potrafili się oprzeć pokusom zdobytej władzy i zaczęli dorabiać różne wykrętne i pokraczne teorie, usprawiedliwiające robione przez nich zwyczajne świństwa – by wymienić tylko wielką rzeź personalną, polegającą na usunięciu doświadczonych i sprawdzonych w pracy kadr średniego szczebla kierowniczego i powołanie na ich miejsce całkowicie zielonych swoich, niezwykle łapczywych na wszelkie możliwe korzyści, jakie daje dostęp do władzy. Nie lepiej zaprezentowały się osoby na stanowiskach kierowniczych. Zamiast normalnej kadry politycznej mamy dzisiaj w kraju występną i nieudolną oligarchię, niewiele ustępującą poziomem demoralizacji temu, co wiemy o niektórych latynoskich elitach władzy.
Z ważnych postaci, gloryfikujących dojście do władzy sitwy postsolidarnościowej, jedna profesor Jadwiga Staniszkis miała odwagę przyznać się do błędnej oceny, chociaż na początku rządów tej oligarchii z dumą lubiła się nazywać matką chrzestną obozu władzy solidarnościowej. Reszta na ogół milczy albo nawet czerpie niezłe profity z udzielonego poparcia.
Co było największym grzechem “krzaklewszczyzny”, która opanowała i zrujnowała Polskę? Myślę, że było to – i jest nadal – całkowite odsunięcie na bok interesu publicznego i zastąpienie tego pojęcia i tych działań cynicznie pojmowanymi korzyściami swego ugrupowania politycznego oraz korzyściami, jakie może z udziału we władzy uzyskać współrządząca sitwa, do której bez cienia wstydu przyłączyli się liczni politycy z Unii Wolności. To może jest dla mnie szczególnie bolesne, gdyż znałem dobrze wielu polityków z tego kręgu, wiele razem przeszliśmy w więzieniach i obozach dla internowanych, wiele mieliśmy wspólnych ideałów i przyjaciół; krótko mówiąc, sporo nas łączyło, a bardzo mało dzieliło. Teraz, gdy patrzę na to, jak posłowie tej partii bez oporów podpisują bzdurny wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, zmierzający do tego, by uznać starą ordynację wyborczą za sprzeczną z konstytucją – krok jednoznacznie wspierający działania AWS, mające zablokować prezydenckie weto przeciw łobuzerskiej zmianie ordynacji tuż przed wyborami, bo sondaże dla prawicy są złe – to wzbiera we mnie rozpacz. Wierzyłem bowiem długo i naiwnie, że są w tej partii ludzie widzący w swym udziale w postsolidarnościowej władzy szansę obrony dawnych, związkowych ideałów i urządzenia na miejscu zburzonej PRL państwa kierowanego przez uczciwych polityków, szanujących nade wszystko dobro Rzeczypospolitej. Dobro partii okazało się jednak dla nich ważniejsze.
Piszę te wszystkie ostre słowa bez satysfakcji. Ludzie, których krytykuję, byli mi przez długie lata bardzo bliscy. Przeżyliśmy razem wiele trudnych, lecz także sporo pięknych dni. Pięknych nadzieją, iż tym razem nam się uda. Nie udało się żołnierzom legionów Piłsudskiego, on sam – płomienny trybun sprawiedliwości społecznej – przeszedł do historii obciążony karygodnymi poczynaniami swoich podwładnych, którzy wymknęli się spod jego surowej, lecz do pewnego czasu sprawiedliwej ręki.
Nam, twórcom i działaczom “Solidarności”, wydawało się, że potrafimy stworzyć sprawiedliwe państwo i zapewnić jego obywatelom bezpieczeństwo osobiste i w miarę powszechny dobrobyt. Nic z tego nie wyszło. Znaczna, może nawet przeważająca część polskich rodzin cierpi niedostatek, sporo doznało biedy. My nie strzelamy do ludzi, jak ongiś bezpieka. Ludzie, którzy nam zaufali, jakże często popełniają samobójstwa, gdyż nie znaleźli w nowej Polsce godziwego życia, zostali zepchnięci na margines społeczeństwa, w biedę i beznadzieję. Wolą śmierć. Możemy, oczywiście, udawać, że nie ma tych tragedii, że ten cały jęk tej “gorszej Polski” nas nie dotyczy, że nie mamy z nim nic wspólnego. Raz po raz dociera do nas jednak prawda. Powraca do wrażliwszych sumień oskarżenie Zygmunta Wrzodaka. Słychać chichot historii, drwiącej z naszej zarozumiałości. Wrzodak tryumfuje.
2 maja 2001 r.

Wydanie: 19/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy