Uroki i swawole giętkiego języka

Prawo i obyczaje

„Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Tę myśl genialną zawdzięczamy Juliuszowi Słowackiemu, który wzbudza w nas zachwyt i miłość. Dlaczego? Dlatego, Panowie, że wielkim poetą był. A czcimy go, gdyż wieszczem był (W. Gombrowicz „Ferdydurke”).
Muszę wyznać, że pochwała giętkiego języka, który nie jest „wędzidłem”, wcale mnie nie zachwyca, choć doceniam, oczywiście, urok poetycki słynnego wiersza („Język powinien być czasem jako piorun jasny, a czasem smutny jako pieśń stepowa” itd.).
Gustując w ścisłości wyrażeń, nie cierpię wszelkiego pustosłowia i posługiwania się tandetnymi metaforami w języku politycznym. Gadulstwo, zwłaszcza parlamentarne, na pewno nie jest, cytując Słowackiego, „piękne jak Aniołów mowa ani jako skarga Nimfy miętkie”. Do rzadkości należą mówcy, którzy cechują się odpowiedzialnością za słowo. Wielu oratorów odznacza się szybszym mówieniem niż myśleniem. Niektórzy z nich potrafią nawet lać wodę z pustych głów jak niedouczeni studenci na egzaminach.
Giętkość języka pozostawmy więc poetom, natomiast w prozie życia codziennego, zwłaszcza publicznego, niechaj język nie mówi pochopnie wszystkiego, co pomyśli głowa.
Kiedyś wszechwładna cenzura tępiła giętkość języka w publikacjach i widowiskach. Było to oczywiście większe zło od obecnej paplaniny, jaka rozpleniła się w piśmie i w mowie obywateli demokratycznego państwa prawnego. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad swawolą sowa, zwłaszcza w mass mediach. Np. ciągłe wytykanie w prasie, radiu i telewizji słabości organów wymiaru sprawiedliwości jest jednym z przykładów bezmyślności mediów, które z lubością przekazują wszem wobec i każdemu z osobna rewelacje o katastrofalnym wyposażeniu policji w środki wykrywania przestępstw, o drastycznym ograniczaniu liczby funkcjonariuszy oraz o pogłębiającej się zapaści w sądach. Świat przestępczy, korzystając z tych bezcennych informacji, rozzuchwala się coraz bardziej. A wiadomości o nieuniknionej jakoby perspektywie przedawniania się wykroczeń drogowych w sądach? Do czego zachęcają? Dziennikarze żądni sensacji wcale się tym nie przejmują. Dla nich najważniejszy jest sukces medialny.
W PRL-u prasa była nudna, gdyż o sądach pisano i mówiono nihil nisi bene (tylko dobrze). Teraz jest odwrotnie. Dziennikarze wyłażą ze skóry, aby obraz sądownictwa i organów ścigania wypadł w ich relacjach jak najgorzej. Ci zaś, którzy chcieliby pisać obiektywnie o pracy sądów i policji, nie mogą marzyć o wziętości na rynku medialnym. Rozpasaniu medialnemu towarzyszy poklask tłumu, który darzy uwielbieniem najbardziej brutalnych pismaków.
Takie są oto uroki konkurencji w żurnalistyce współczesnej!
Przedstawiony stan rzeczy jest niezgodny z Europejską Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności (ratyfikowaną przez Polskę), gdyż obywatele są pozbawieni rzetelnej informacji o tak doniosłej sferze działalności państwa, jaką stanowi wymiar sprawiedliwości. Ale większym jeszcze złem jest to, że nieodpowiedzialne ataki na niezawisłe sądy, oparte na uogólnieniach faktów jednostkowych, godzą wprost w fundamenty państwa prawnego, podważają bowiem zaufanie do trzeciej władzy i rodzą pogardę dla prawa.
Skrajnie nieuczciwe jest potępianie w czambuł wszystkich sędziów, nawet ciężko, ofiarnie pracujących, retorycznym pytaniem: „Czy są jeszcze sędziowie w Rzeczypospolitej?”. Bardziej jeszcze szkodliwe są zachowania samych władz, takie np. jak pochopne wyrzucenie na zbitą twarz szefa Prokuratury Apelacyjnej w K. za to, że nie poskromił giętkiego języka i palnął jakieś nieistotne głupstwo w audycji radiowej. Atmosfera osobistej niepewności paraliżuje pracę prokuratorów i w konsekwencji osłabia front walki z przestępczością. Z tego powinna sobie zdawać sprawę szefowa resortu sprawiedliwości.
Sposobem na poskromienie swawoli giętkiego języka nie może być w żadnym razie kontrola administracyjna nad wolnością słowa. Nie ma powrotu do niesławnej pamięci cenzury prewencyjnej. Dziennikarze powinni sami powściągnąć swe temperamenty i zrezygnować z ambicji błyszczenia za wszelką cenę na medialnym firmamencie. Pobożne życzenie! Tak się pewnie nigdy nie stanie.
Wszystkim jednak autorom, nie tylko dziennikarzom, powinno być bliskie poczucie odpowiedzialności za wypowiadane publicznie słowa. Autocenzura jest konieczna we wszystkich rodzajach twórczości. Pytanie tylko, jak głęboka może być taka samokontrola, aby nie krępowała nadmiernie swobody wyrażania myśli.
Są profesje wymagające szczególnej ostrożności w wypowiadaniu poglądów. Należy do nich przede wszystkim zawód dyplomaty. Niegdyś pewien dyplomata skarżył się T. Boyowi-Żeleńskiemu, że służba ta jest niezwykle ciężka, wymaga bowiem niesłychanego napięcia uwagi, by nie popełnić głupstwa. Od ciągłego wytężenia system nerwowy rujnuje się do tego stopnia, że śmiertelność w korpusie dyplomatycznym jest ogromna, mówił autorowi „Słówek” ów dyplomata. Boy skomentował ten wywód żartobliwie: „Nie móc robić głupstw, to straszne, całe bowiem nasze życie polega na tym, że robimy głupstwa. Człowiek okupuje te głupstwa nieraz tym, że od czasu do czasu robi coś dorzecznego” („Felietony”, tom XVI, Warszawa 1958, s. 159). Tak pewnie myślą nasi współcześni dyplomaci, którym wpadki zdarzają się nader często i wcale nie przypłacają tego rozstrojem nerwowym. Gdy popełnią większe głupstwo w jednym kraju, kierowani są na placówkę w innym. Giętkość języka nie szkodzi dziś nawet w tym zawodzie.
Krytyka zbytniej giętkości języka nadużywanego w polityce i w żurnalistyce nie oznacza, że należy się go w ogóle wyrzec. Przeciwnie, taki właśnie swobodny język jest cechą ludzi wolnych. W ustrojach totalitarnych język był niezwykle ubogi, gdyż autokratyczna władza dbała, by zuniformizowane społeczeństwo nie wyrażało nieprawomyślnych poglądów, posługując się rozwiniętym słownictwem. V. Klemperer, autor książki o języku III Rzeszy („LTI: notatnik filologa”, Kraków-Wrocław 1983), stwierdził, że monopol językowy sprawowany był przez władzę absolutną (jw., s. 31). Narodowy socjalizm po objęciu władzy w Niemczech objął unifikacją wszystkie dziedziny życia publicznego (Gleichschaltung). Bezmyślne powtarzanie stereotypów językowych było jedną z form podporządkowania społeczeństwa führerowi (por. Klemperer, s. 35).
Spostrzeżenia cytowanego wyżej autora okazały się uderzająco trafne w odniesieniu do języka komunizmu w Związku Sowieckim i w krajach hołdujących nie tak dawno jeszcze ideologii marksistowsko-leninowskiej.
Przeciwieństwem giętkiego języka jest język skryty, używany po to, aby człowiek mógł ukryć swoje prawdziwe myśli (Talleyrand). Posługiwanie się takim językiem jest niekiedy konieczne w dyplomacji. Nie należy się gorszyć, gdy sięgają do niego także politycy w walce wyborczej i parlamentarnej.

 

Wydanie: 21/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy