Trzęsienie ziemi

Zapiski polityczne

Wyborcza koalicja Unii Pracy i Sojuszu Lewicy Demokratycznej, czyli „Lewicy razem”, której powstanie zainicjowałem, wygrała wybory z gigantyczną przewagą nad konkurentami, niestety niewystarczającą – jak to na razie wygląda – na samodzielne rządzenie z zapleczem większości parlamentarnej. Gdy piszę te słowa, ostateczne wyniki nie są jeszcze znane, ale pewna profesorska nieostrożność spowodowała wielce prawdopodobny niedobór głosów w Sejmie łagodzony co prawda przez kolosalną przewagę w Senacie. Ta nieostrożność, pokwitowana przez jej autora słowami „Dosyć kręcenia – należy mówić prawdę”, może obficie zaowocować w przyszłości, gdyż uzyskania władzy nie będziemy zawdzięczać fałszywym obietnicom powszechnego dobrobytu. Lecz na razie są kłopoty.
Znacznie większe mają jednak te partie, które z wielkim trzaskiem wyleciały z ław sejmowych. Pisałem i mówiłem publicznie wiele razy, że należy jak najszybciej skrócić III kadencję Sejmu i przystąpić do nowego rozdania kart, ale Unia Wolności, która miała taką możliwość, troszczyła się bardziej o swoje stołki niż o przyszłe wybory i kadencji nie skrócono. Co sprytniejsi unici dokonali aktu renegacji i uciekli z tonącego „Titanica” na ratowniczą Platformę, co im dało wiele korzyści. Są cząstką drugiej siły w Sejmie. Natomiast Unia Wolności i AWSP poszły na trawnik przed Sejmem i tam mogą sobie obradować, jak to ongiś spotkało Unię Pracy – teraz współzwycięzcę wyborów.
Wielu ludzi, z Ryszardem Bugajem na czele, miało do mnie kolosalny żal o ten koalicyjny pomysł z SLD, ale dzięki niemu udało się odbudować Unię Pracy, jeszcze niezbyt silną, lecz już idącą dobrą drogą, bo wszędzie i zawsze najważniejszym zaleceniem dla polityków jest honorowanie zasady, iż nie rację musi mieć polityk, lecz konieczny mu jest elektorat. „Elektorat, głupcze”, te słowa powinny wisieć w gabinecie każdego polityka na miejscu naczelnym.
Klęska Unii Wolności i AWS Prawicy to dla mego politycznego pokolenia rodzaj trzęsienia ziemi. Mimo narastających z upływem czasu kolosalnych różnic między nami – ludźmi „Solidarności” – zawsze w jakiś tam tajemny sposób łączyła nas wspólna przeszłość. Piękna przeszłość, należy w tym miejscu dodać.
Po tym trzęsieniu ziemi będziemy w nowym Sejmie osamotnieni. Nowe twarze, nowi ludzie z podejrzanymi rodowodami, znani raczej z demagogii i awanturniczości niż z dokonań służących dobru państwa. Będzie to Sejm wybrany z rozpaczy ludzi przegranych życiowo, z których jedni zostali w dniu wyborów w domu, a ci, co poszli głosować, zamanifestowali kartkami wyborczymi swój sprzeciw wobec absurdalnych poczynań AWS popieranej wbrew zdrowemu rozsądkowi przez Unię Wolności. Ustępujący politycy z AWS i UW twierdzą uporczywie i chyba kłamliwie, że ruszyli Polskę z zastoju tymi czterema reformami. Nie dopuszczają innej myśli. Tej, że owe sławetne reformy zostały przez nieudolność prawicy spartaczone, zwyczajnie spartaczone, choć były potrzebne. Spartaczyć coś potrzebnego, to gorzej niż zaniechać reform. Tego rządzący butnie politycy nie chcieli pojąć i nawet teraz, w obliczu klęski, nie rozumieją albo tak udają.
Pochlebiam sobie, iż udało mi się z tego pogromu ludzi związanych z poprzednimi sejmami ocalić garstkę polityków z Unii Pracy, ale – aby tak się mogło wydarzyć – musiałem znosić wszystkie zarzuty mego z natury rzeczy prawicowego środowiska o jawną zdradę. Prawda jest inna. Nikogo nie zdradziłem, lecz poszukałem elektoratu, bo taki jest obowiązek polityka.
Stare sztandary niestety murszeją i pył, jaki z nich leci, zaciemnia widok, przeto należy w odpowiedniej porze złożyć je do lamusa historii. Do politycznych salonów wtargnęła nagle i zdecydowanie pogardzana przez uwoli gołota i zajęta arystokratyczne fotele, które wielu ludziom z tak zwanego obozu posierpniowego wydawały się być ich dożywotnią własnością. Z tą gołotą trzeba będzie teraz rozmawiać, układać się, zawierać różne kompromisy, ulegać jej i schlebiać. Takie są prawa politycznego trzęsienia ziemi. Można go uniknąć, gdy zawczasu podejmie się śmiałe decyzje. Ale, gdy – mówiąc wulgarnie – komuś ryj przyspawał się do żłobu albo tyłek przyrósł do fotela, nie jest już zdolny do zmiany postępowania.
Skoro mój plan ocalenia Unii Pracy powiódł się, powinienem wchodzić do Izby Poselskiej w pełni chwały i zadowolenia. Niestety, jest inaczej. Wejdę tam pełen lęku o przyszłość kraju, gdyż nie mam pewności, czy nowe siły, jakie się tam pojawiły, zajmą się przede wszystkim dobrem państwa polskiego, czy raczej pomyślą o sobie i stworzą na nowo republikę kolesiów. Tę przeklętą – jak już pisałem – polską formację ustrojową gnębiącą nasz kraj od blisko 80 lat. Nowy Sejm RP będzie się musiał uporać z katastrofą budżetu, ze spartaczonymi reformami, z pogardą i niechęcią społeczeństwa do klasy politycznej, ale nade wszystko z republiką kolesiów, czyli popieraniem swoich bez względu na ich kwalifikacje moralne i zawodowe. Jeśli te wysiłki nie zostaną podjęte bądź się nie powiodą, nowa kadencja Sejmu RP skończy się takim samym trzęsieniem ziemi jak obecna, tyle że skutki dla kraju po tej przyszłej katastrofie mogą być jeszcze groźniejsze niż to, co się wydarzyło wraz z klęską AWS i UW.
Kiedy pomyślę, że ludzie mający tak wielkie, historyczne zasługi dla odradzającej się Rzeczypospolitej jak Mazowiecki, Geremek, Kuroń oraz wielu, wielu innych nie wejdą w dniu inauguracji IV kadencji Sejmu RP do sali Izby Poselskiej robi mi się smutno. Cóż za pociecha, że sami są sobie winni, gdyż zachowali się nieprzezornie. Nowość napawa zawsze niepokojem. Ulegam temu uczuciu, choć nie jestem winny, że nastąpiło trzęsienie ziemi. Ktokolwiek zawinił, wszyscy odczujemy skutki.

25 września 2001 r.

 

Wydanie: 40/2001

Kategorie: Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy