Kto pójdzie drogą „Timesa”?

Kto pójdzie drogą „Timesa”?

Można oczywiście z tego żartować, ale nieszczęścia faktycznie zdają się chodzić parami albo nawet stadami. Przynajmniej u nas. Jakby mało było tragicznej katastrofy pod Smoleńskiem i trwającej jeszcze wielkiej powodzi, do coraz większej grupy firm, zwłaszcza małych, puka kryzys. Jeszcze bez związku z powodzią, bo mający korzenie w sytuacji i wydarzeniach w USA i Unii Europejskiej. Ale jest coraz bardziej widoczny i niechybnie w wyniku strat powodziowych będzie coraz głębszy i bardziej dotkliwy.
Znam oczywiście oficjalne wyniki i wskaźniki. Wiem też, że są dość optymistyczne prognozy na ten rok. Nie zamierzam ich kwestionować, choć od dobrych paru miesięcy widzę, jak zrywają się więzi między poszczególnymi ogniwami gospodarki. Na przykładzie naszego tygodnika widzę, jak coraz bardziej wirtualne stają się umowy i płatności. Jak wydłuża się czas realizacji faktur, jak powszechne staje się przerzucanie własnych kłopotów na inne podmioty. Wydawnictwa są swoistym barometrem gospodarki, bo na książkach i gazetach najszybciej i najłatwiej się oszczędza, gdy w domu czy w firmie zaczyna brakować środków. Jeśli komuś faktycznie potrzebne są informacje, to ma przecież strony internetowe i portale z bezpłatnymi artykułami. Tymi samymi, za które w wersji papierowej trzeba przecież płacić. Taki stan jest oczywiście nie do utrzymania na dłuższą metę, bo producenci wartościowych materiałów ponoszą realne przecież koszty, i to o wiele większe niż przeżuwacze materiałów z Wikipedii. A bez zwrotu poniesionych nakładów mają przed sobą tylko jedną drogę – bankructwo. Zanim jednak się spełni taki czarny scenariusz, warto byłoby znaleźć taką formułę, która szanując reguły rynkowe, pozwoli na wydawanie tytułów o głębszych treściach. Tytułów adresowanych do czytelników poszukujących wartościowych, niekomercyjnych materiałów. W Polsce, gdzie w niezwykle trudnych warunkach funkcjonują, doceniane w większości krajów europejskich, media publiczne, szczególnie trudno jest postulować częściowe dotowanie pism opinii czy specjalistycznych periodyków. Choć nietrudno jest dowieść ewidentnych korzyści, jakie mogłoby przynieść takie rozwiązanie w kraju będącym dopiero na początku lepienia z różnych cząstek społeczeństwa w pełni obywatelskiego. Rozumiejącego nie tylko swoje prawa, ale przede wszystkim powinności i zobowiązania wobec innych członków społeczności.
Nie trzeba przecież Kolumba, by odkrywać i przenosić do Polski rozwiązania wprowadzone systemowo choćby w krajach starej Unii. Tam od dawna wiedzą, że wolny rynek sam z siebie nie rozwiąże problemów w nadbudowie. Że trzeba mu w tym pomagać przy udziale instytucji państwowych bądź wyspecjalizowanych fundacji czy stowarzyszeń. Materiały dziennikarskie, te rzetelne i pogłębione, mają swoją wartość, a więc muszą mieć i cenę. Stąd chociażby ostatnia decyzja brytyjskiego „Timesa” wprowadzająca opłaty za dostęp do wydania internetowego. Nie ma innej drogi. Alternatywą jest likwidacja poważnych, a więc kosztownych w produkcji gazet albo zmniejszenie ich kosztów, a więc – nie oszukujmy się – także poziomu. Albo uznanie, że niezależnie od nośnika, a więc od tego, czy to będzie wydanie papierowe, czy internetowe, trzeba za nie płacić. Ile? A to już zależy od tego, czy z jakichś powodów do tej działalności ktoś jeszcze się dołoży.

Wydanie: 22/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy