Tańsze wersje wszystkiego

Tańsze wersje wszystkiego

Nowy Rok to pierwszy moment, kiedy i Zdzisiu, i Marysia mogą wreszcie usiąść na kanapie i pokazać symbolicznego faka: rodzinie, sklepom, pierożkom z kapustą, zdziczałym ambicjom, filozofii francuskiej itd. W styczniu gremialnie wyhamowujemy. Zima obraca ludzi „w kurz i szary papier” i część z nas leci w dół jak Alicja. Codzienne obowiązki, o których zwykliśmy brzydko myśleć, są mechanizmem przystosowawczym, czymś, co nas trzyma w pionie. Kiedy znikają – spadamy. Niektórzy lecą z wdziękiem, upijając się od godz. 13, inni w ogóle kontestują godz. 13, wstają po zmierzchu, ze sterczywłoskiem, z rozładowanym telefonem, w pozycji aspołecznej siadają na kanapie i odpalają telewizor, co podobno jest największą dekadencją. Przez szklane oczy strumień obrazów wpada do środka człowieka i od środka go ujmuje, przytula.

To nic złego. W styczniu nie będziemy dla siebie surowi. Nowy Rok to przecież święto, początek. Ciekawe jednak, dlaczego przypomina raczej pustynię, krajobraz monotonny aż po horyzont, smutny i płaski. Już na nic nie czekamy. Jest po świętach. Pierwsze martwe igiełki spadają pod drzewko: „styczeń – pora śmierci choinek” (och, drugi raz zacytowaliśmy poetów pokolenia „bruLionu”, totalnie nostalgia). I przede wszystkim – jest martwy sezon w teatrach. I przede wszystkim – wychodzą lękliwie pierwsze styczniowe książki. I przede wszystkim – jesteśmy spłukani do samej kości, deski, aż po rdzeń. Przez cały styczeń i luty będziemy wybierać tańsze wersje wszystkiego. Przedmioty podobne do tych ładnych, knajpy podobne do tych dobrych, spacery po okolicznym parku zamiast po Tatrzańskim Parku Narodowym, jabłka zamiast mango, biały ser zamiast parmezanu.

Kiedy w zeszłym roku po sylwestrze poszłam do osiedlowego spożywczaka, sprzedawczyni spojrzała na mnie zaczepnie. – O, biały serek, wiadomo. – A dlaczego wiadomo? – zapytałam. – Po świętach wszyscy chudną na nabiale – odparła i nie było mowy o dyskusji. Za mną stały dwie kolejne osoby, czekały, aż odsunę się od lodówki, żeby capnąć dla siebie pozostałe sery. No proszę, nie tylko w młodej poezji polskiej to, co kolektywne, wyparło egolski indywidualizm i skupienie na własnych paznokciach: w styczniu wspólnie żremy biały ser – jest tani i zdrowy. Dostępny w każdym sklepie, nie zawiera mięsa ani sztucznych barwników. I w ogóle ma tylko jedną wadę: nie da się go zetrzeć ze stołu, nie zostawiając pod gąbką białych, serowych smug. Od tej pory styczeń będzie mi się kojarzył z białym serem, to są porównania nie do zażegnania – i już za późno na wers z wiersza innego poety pokolenia „bruLionu”, który, patrząc na rybie skrzela, mówił: „Odejdźmy, zanim nam się skojarzą”.

Ale to nie koniec niedoli, bo są jeszcze wyprzedaże – złogi z magazynów, z ukrytym przekazem: zapchajcie szmelcem swoje dziury styczniowe, głodowe, lękowe. Zapchajcie światełkami swoje czarne dziury. A te rzeczy obracają się w proch, jak w bajce. Już za progiem domu mają status śmiecia. Już nam się nie chce otwierać toreb. Jest jeszcze większe zmęczenie, telewizja. Zmęczenie, telewizja. Rodzaj rozkojarzenia, które zwykle na granicy smutku snu się rozwija, a teraz jest z nami stale. – Niech pan poczeka! – woła znajomy księgarz do niecierpliwego klienta. – Niech pan poczeka, bo jestem rozkojarzony. Jestem rozkojarzony już od środy, a w międzyczasie był jeszcze czwartek, piątek i sobota!

Czuję się jak ten księgarz, a Państwo? Niektórzy mówią, że można to leczyć, że nawet leczą to wróżki, że wystarczy w styczniu unikać książek Austriaków (one są najsmutniejsze) i pójść w rozrywkę z rozwianym włosem („z gołą głową i boso” – bądźmy konsekwentni, cytując poetów debiutujących wraz z pokoleniem „bruLionu”). Odważnie, do końca. To może nam skrócić agonię. Resztę stycznia wykorzystajmy na same przykre rzeczy: sprzątanie, opróżnianie szuflad pełnych numerów telefonów donikąd, pocztówek ze świąt, które głupio było tak od razu wyrzucić, śrubek tajemniczego pochodzenia, takich, które od czegoś odpadły i „jeszcze mogą się przydać”. Niech to będzie ten jeden jedyny miesiąc, w którym wysypiemy z klawiatury tysiące okruszków z kanapek i przejrzymy pudełka, listki, butelki w szafce na leki, pilnie studiując daty ważności. Ponieważ w lutym – w lutym przyjdzie licho: wyszczerzy zęby, skoczy po wódkę i kwiaty. A my z nim.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy