Nadieżda z Arkadią

Nadieżda z Arkadią

Jak podają oficjalne media, prawie 30 tys. Ukraińców unikało w ostatnich dwóch miesiącach poboru do armii ukraińskiej i wyjazdu na front. Choć są to z pewnością zaniżone liczby, i tak można się dziwić, że zaledwie tylu odmawia udziału w bezsensownej i bratobójczej wojnie, która jest tylko kolejną areną walk o wzmacnianie wpływów politycznych globalnych mocarstw. W takich sytuacjach potrzeba więcej dezerterów niż martwych „bohaterów”.

Podsycanie nacjonalistycznych uprzedzeń i sztucznych podziałów między ludźmi służy zawsze tylko wąskim kręgom władzy. Zwykły człowiek nigdy nie ma z tego żadnego pożytku, a ceną, którą płaci za cynizm elit politycznych, jest często jego własne życie. Zazwyczaj mniejsze różnice interesów są pomiędzy ludźmi z różnych krajów niż pomiędzy obywatelami a ich własną władzą.

Rosnące przyjaźnie w to upalne lato pod południowo-zachodnią ścianą budynku winogrona rosyjskie i ukraińskie (które zasadziłem w tym roku) mogą być symbolem możliwych dobrych relacji rosyjsko-ukraińskich. Rosyjska Aleksa rośnie obok ukraińskiej Arkadii, ukraińska Gała sąsiaduje z rosyjską Wiktorią, a rosyjska Nadieżda Azos dająca fioletowe, słodkie owoce rośnie w symbiozie z ukraińskim Sfinksem.

Ostatni film Michaela Moore’a, amerykańskiego dokumentalisty, pt. „Where to Invade Next” („Gdzie dokonać kolejnej inwazji”), sugeruje, że za współczesnymi konfliktami zbrojnymi stoi lobby przemysłu zbrojeniowego, które osiąga rekordowe zyski ze sprzedaży śmiercionośnego złomu. Aby była koniunktura na broń, wciąż muszą gdzieś wybuchać nowe wojny.

Gdyby polska „telewizja publiczna” naprawdę była medium publiczno-obywatelskim, pokazywałaby takie filmy. Obecnie jednak Polacy mogą oglądać w telewizji jedynie defilady wojskowe wzmacniające mity narodowe o mocarstwowości i sile państwa, które służą za tani środek propagandy elit władzy. W ten sposób opinia publiczna nadal jest straszona „zewnętrznymi zagrożeniami” i nie zdaje sobie sprawy, że prawdziwe zagrożenia są jak najbardziej wewnętrzne, a ich źródłem wcale nie są jacyś „obcy”, lecz własny, nieudolny, pełen ignorancji aparat państwowy, który chce wydać 130 mld zł na wojskowy złom. A jednocześnie w tej samej chwili obserwujemy pogłębiającą się zapaść służby zdrowia, mamy wiecznie niedofinansowaną naukę, pozbawioną szans na konkurowanie z europejskimi ośrodkami badawczymi. Jak się okazuje, ci którzy mają gęby pełne frazesów o bezpieczeństwie państwa, nie są w stanie zapewnić swoim obywatelom nie tylko bezpieczeństwa socjalnego, ale nawet – co pokazuje obecna susza – bezpieczeństwa w dostępie do bieżącej wody. Nie trzeba obcych armii. Wystarczy, że słońce latem mocniej przygrzeje, a zimą spadnie trochę śniegu, i większość kraju leży na łopatkach. „Bo taki mamy klimat”.

Zamiast więc prężyć muskuły, wymachiwać szabelką i robić sztuczny pokaz siły czołgów, niech państwo zacznie od podstawowych potrzeb społecznych – siła poszczególnych krajów polega dziś na ich potencjale technologicznym, naukowym, gospodarczym, a nie na tym, że na terenie Polski będzie kilka baz wojskowych USA. Ani „tarcza antyrakietowa”, ani nowy śmigłowiec dla armii, ani woda święcona lejąca się strumieniami na państwowych uroczystościach, nie przeniosą nas w XXI w. i nie zapewnią jakości życia na poziomie krajów Europy Zachodniej – raczej sprowadzają kraj do roli podrzędnej kolonii, a jego elity polityczne (przekonane, że to jest obowiązujący w świecie standard i przejaw modernizacji) cofają do sposobu myślenia z XIX w.

Strach przed „obcymi” i „innymi” powoduje, że niektórzy w Polsce przestają racjonalnie myśleć. Dotyczy to zarówno szarych obywateli, jak również ludzi władzy. Szczególnie władza lokalna zachowuje czujność i nie chce być oskarżana przez lokalnego proboszcza, że szerzy na swoim terenie zepsucie czy toleruje zagrożenie moralne. To ostatnie, jak się okazuje, w pewnych kręgach jest nawet gorsze niż zagrożenie militarne. Ostatnio duch zagrożenia moralnego pojawił się w Poznaniu. Tym razem nie w osobie Nergala czy w formie przedstawienia teatralnego „Golgota Picnic”. Kolejne wcielenie Szatana przybrało postać Macieja Nowaka, który ma szansę zostać dyrektorem artystycznym poznańskiego Teatru Polskiego. Maciej Nowak, choć jest inteligentnym i dużej klasy znawcą teatru, ma wiele wad: jest zdeklarowanym gejem i nie ukrywa swoich lewicowych sympatii. Czy taki libertyn może kierować publiczną instytucją kultury? Wiceprezydent Poznania, niejaki Jędrzej Solarski, wyczuwa już wiejący wiatr zmian politycznych i razem z radnym PiS prewencyjnie wszczyna alarm. Czy takie prewencyjne tchórzostwo będzie standardem we wszystkich urzędach, uczelniach i instytucjach publicznych? Odpowiedź poznamy wkrótce.

Wydanie: 35/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy