Na pohybel Timmermansowi

Na pohybel Timmermansowi

„Polska Winkelriedem narodów!”, zachwycał się Juliusz Słowacki. Tak było i tak pozostało. Bohaterska ofiarność wśród Lechitów nie zanika. Tak jak dzielny Szwajcar ze Stans w kantonie Unterwald wbił sobie w pierś austriackie lance, by zrobić wyłom we wrażych liniach bojowych, tak Beata Szydło rodem z Oświęcimia zgodziła się na kompromitujące porażki wyborcze w Brukseli, byle tylko rzucić kłody pod nogi polakożercy Franciscusowi Cornelisowi Gerardusowi Marii Timmermansowi. Różnica między nimi taka, że o ile czyn Arnolda Winkelrieda przyczynił się do zwycięstwa Szwajcarów w bitwie pod Sempach (9 lipca 1386 r.), o tyle hart ducha Beaty Szydło nie zdał się na razie na wiele. Niełatwo jest bowiem walczyć z demonami.

Sondaże wykazują, że ponad połowa Polaków wierzy w horoskopy. Tej zdrowej części społeczeństwa chciałbym uprzytomnić, że Timmermans urodził się w Maastricht tego samego dnia roku (6 maja), co w Arras przyszedł na świat Maksymilian Franciszek Maria Izydor Robespierre. Zauważmy też od razu, że mają dwa wspólne imiona (Franciszek i Maria), a Maastricht zawiera wszystkie litery (a, r, s) konieczne do utworzenia nazwy miejsca urodzin jakobina. Robespierre’a nazywano nie bez przyczyny Nieprzekupnym, Timmermans nie zamiótł pod dywan polskiego łamania konstytucji, mimo że polski rząd uczynił go oficerem Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Rodzi się więc niezwykle istotne pytanie: czy władze nowogrodzkie nie dysponują przypadkiem wiarygodnymi dokumentami wskazującymi, że czworga imion Timmermans jest po prostu nowym wcieleniem Robespierre’a? To na pewno wiele by wyjaśniało.

Jak wiadomo, Nieprzekupny był nie tylko jednym z przywódców rewolucji, ale także twórcą nowej religii – kultu Istoty Najwyższej. „Niech księża nie liczą na odzyskanie dawnych wpływów, swoje widowiska i podsycanie fanatyzmu. Cóż zresztą księżom do Boga? Są oni dla moralności tym, czym szarlatani dla medycyny. Zapomnijmy więc księży i zwróćmy się do Boga”. Bóg bowiem podług Robespierre’a istnieje. W przemówieniu wygłoszonym 7 maja 1794 r. potępia on surowo ateistów i materialistów i domaga się dekretu, oczywiście natychmiast skwapliwie uchwalonego, że lud francuski uznaje istnienie Istoty Najwyższej, nieśmiertelności duszy, a prawdę i rozum bierze za najwyższe cnoty („Wszystkie wymysły nikną wobec prawdy, a szaleństwa w obliczu rozumu”). Taki dekret sam w sobie polskiemu episkopatowi na pewno by się spodobał. Religia podług pismaka z Arras ma być jednak antyklerykalna, czyli antypolska („Nieważne, czy Polska będzie bogata, czy biedna – ważne, żeby była katolicka!”, Henryk Goryszewski dixit), ma głosić prawdę i opierać się na rozumie, a to są już najgorsze herezje. Poświęcając się w walce z Timmepierre’em (Robemansem), Beata Szydło broni więc przed lewactwem polskości i Maryi w Okopach Świętej Trójcy wykopanych na przedmurzu. W tym sensie moralnie zbliża się do Winkelrieda.

Istnieje jednak druga możliwość: Timmermans wcieleniem Robespierre’a nie jest. Odwrotnie – stanowi przykład nudnego wręcz w swojej przewidywalności urzędasa. Uczciwy pedant bez wyobraźni. Odległy od patosów Somosierry czy zwycięstwa pod Kircholmem. Bliższy już Horodniczego, trzeźwo podsumowującego porywy nauczyciela historii: „Aleksander Macedoński był niewątpliwie, ale po co od razu łamać krzesła”. Ani polakofil, ani polakożerca. Siedzi taki nad zakurzonymi papierzyskami i tylko mu prawda i prawo w głowie. Jest głęboko przekonany, że łamanie, naciąganie prawa, jak i jego nieznajomość są szkodliwe dla społeczeństw i narodów, a więc – jak to głosił już 22 wieki temu Marek Tulliusz Cyceron – należy walczyć w obronie w prawa (Convenit dimicare pro legibus), gdziekolwiek jest ono deptane: w Polsce, Gwatemali czy na Tahiti, i nie ma w tym żadnego antytahitanizmu, reguła jest powszechna. Niestety, będąc urzędnikiem europejskim, troszczy się przede wszystkim o problemy tego kontynentu, co powoduje, że Polska bliższa jest mu niż Tahiti, za co zresztą, zważywszy na niekłamane uroki egzotycznej wyspy (przypomnijmy sobie Gauguina), powinniśmy mu być raczej wdzięczni. Nie tworzy własnych religii, powątpiewa również, czy rzeczywiście anioł Moroni przyniósł na wzgórzu Cumorah Josephowi Smithowi spis praw na złotych płytkach. Raczej byłby skłonny postrzegać europejski system prawny jako twór rozumu. I tutaj znowu spotyka się z Beatą Szydło, przerażoną tym, że „Widmo krąży po Europie – widmo rozumu”. Rozum jest bowiem wymysłem oświeceniowym, a oświecenie, jak być może troszeczkę upraszcza bp Dec, to: LGBT, obowiązkowy onanizm dzieci w żłobkach i krzywa morda Robespierre’a. Wracamy więc do punktu wyjścia. Wcielenie czy nie wcielenie, nie kijem go, to pałką. A rozum to po prostu polakożerstwo.

I wtedy zrywa się do czynu Beata Szydło, bębny warczą, działa grzmią, szczekają salwy, a ona wbija bohatersko w swoje niewinne piersi wraże lance, otwierając drogę do wielkiej reewangelizacji. Może przesadził Słowacki, że Polska to Winkelried narodów. Za to Beata Szydło Winkelriedem Europy jest na pewno. Drżyjcie, demony!

Wydanie: 36/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy