Raporty z Kresów

Raporty z Kresów

Profesor Jan Widacki, głośny, znakomity adwokat, opublikował w książce „Kresy w oczach oficerów KOP” raporty instruktorów oświatowych Korpusu Ochrony Pogranicza pisane na początku 1935 r. Poprzedził je obszernym wstępem omawiającym problemy granicy wschodniej i rolę KOP-u. Słusznie podkreśla, że publikowane raporty mają pierwszorzędne znaczenie dowodowe dla obrazu stosunków społecznych, a zwłaszcza poziomu życia mieszkańców Kresów Wschodnich Polski międzywojennej. Mimowolnie prezentują też wizerunek ideowy instruktorów oświatowych tej formacji wojska polskiego. Wizerunek ten, przynajmniej w moim odbiorze, jest zdecydowanie pozytywny i sympatyczny. Do zadań Korpusu Ochrony Pogranicza należało m.in. utrzymywanie takich stosunków z ludnością terenów nadgranicznych, aby stała się ona zadowolona z przynależności do państwa polskiego. Było to zadanie trudne i właściwie niewykonalne. Polacy na tych terenach stanowili mniejszość, a Litwini i Ukraińcy coraz mocniej okazywali swoją odrębność, a nierzadko też nienawiść do Polski i Polaków. W rejonach zamieszkanych przez Litwinów – niekoniecznie w większości – występuje dziwne na pozór zjawisko cofania się polszczyzny. Stare pokolenie modli się po polsku, młode, wychowane w Polsce niepodległej, po litewsku. Opór językowi polskiemu stawiają już dzieci szkolne. Na starych nagrobkach są napisy polskie, na nowych litewskie. Podobnie ludność ukraińska okazuje wrogość i lekceważenie temu, co polskie. Gazet i książek polskich nikt nie chce czytać. Jak na to reagują instruktorzy KOP? Otóż bynajmniej nie wzywają do wzmożenia polonizacji. Piszą: chcą czytać po litewsku lub ukraińsku, dajmy im gazety i książki litewskie lub ukraińskie, najważniejsze jest szerzenie oświaty. I w wielu innych sprawach dają dowody więcej niż tolerancji, bo zrozumienia i empatii dla narodowości niepolskich. (Na tych terenach – czytamy w jednym raporcie – „mniejszość znajduje się w olbrzymiej większości”). Gdybym miał określić formację ideową tych oficerów w literackim skrócie, powiedziałbym, że byli to uczniowie Gajowca z „Przedwiośnia” Żeromskiego, państwowcy i społecznicy, poruszeni niedolą biednych ludzi i dotknięci w swojej wierze w możliwości państwa polskiego. Widzą, jak inteligencja, która przybyła na Kresy z misją oświatową, szamocze się z nieprzezwyciężalnymi trudnościami, z inercją rzeczy i ludzi, popada w rezygnację i przystosowuje się do warunków, które miała nadzieję przystosować do swoich ideałów. Trzeba jednak dodać, że gdy jedni rezygnowali, przychodzili inni „siłacze” i Siłaczki, i ruch społecznikowski przynajmniej pod względem ilości organizacji, stowarzyszeń, „kół” itp. (lecz nie rezultatów) dawał wrażenie, że „coś się dzieje”. „W jednej wiosce – pisze autor raportu – samych organizacji o charakterze rolniczym jest tak dużo, że aż się dostaje zawrotu głowy”.
Jaka jest wieś opisywana w raportach? Ziemiaństwo się nie liczy – jest ekonomicznie zbankrutowane. Nic nie wskazuje, aby odgrywało rolę kulturalną lub cokolwiek cennego wnosiło do życia Kresów. W skrupulatnych, szczegółowych sprawozdaniach autorzy raportów prawie nie zwracają na nie uwagi.
Opisy chłopskiej wsi dzisiejszemu Polakowi wydają się nie do wiary, a przecież są one ściśle prawdziwe. Kurne chaty występują rzadko – czytamy w jednym z raportów. Ale się zachowały! Kurna chata nie ma komina – czy w tym można mieszkać? Jest rok 1935. Za cztery lata będzie wojna i nie jest to czas budowania, raczej burzenia i palenia chat. A więc jeszcze w 1945 r. na dawnych terenach polskich musiały się zachować kurne chaty. Joachim Lelewel pisze, że domów z kominem szlachta zabroniła chłopom w XVI wieku. W roku 1935 w Polsce niektórzy chłopi mieszkali gorzej niż wielu chłopów czterysta lat wcześniej. To wyjątki, mówmy o tym, co jest powszechne. „Powszechnym zwyczajem na wsi jest – pisze oficer oświatowy – trzymanie owiec i karmienie świń w izbie mieszkalnej w zimie. Izby bez podług, wewnątrz brud, niechlujstwo; w chacie trzyma się drób, nierogacizna (prosięta, świnie), oraz wszelkie świeżo wylęgłe zwierzęta domowe; w izbach ciemno, nędznie, brudno”, podłogi z gliny, ściany niebielone, zawieszone rzędem świętych obrazów, które są siedliskiem kurzu i robactwa. Narzędzia produkcji jak przed wiekami: socha i brony drewniane. Ludność rolnicza nie uprawia i nie używa warzyw – prócz cebuli, marchwi i buraków. Sady trzeba propagować, bo ich nie ma. Pszczelarstwo tylko naturalne – miód wybiera się z leśnych barci.
W raportach mamy też spostrzeżenia odnoszące się do mentalności, ale te pomijam, jako że nie mają tego waloru ścisłości co rejestracja faktów namacalnych. Ograniczę się do przytoczenia jednego porównania: „Ludność miasteczkowa przeważnie rzemieślnicza, różni się od ludności wiejskiej – brakiem wiary, wszelkich skrupułów i większym upadkiem moralności”.
Osadnicy polscy, przeważnie wojskowi – oficerowie i podoficerowie – ekonomicznie uprzywilejowani, nie odgrywają takiej pozytywnej roli, jakiej się po nich spodziewano; zamiast wpływać na otoczenie, po paru latach przystosowują się do miejscowych warunków i zwyczajów.
Warto jeszcze odnotować zjawisko ogólnopolskie, od którego cierpiało także wojsko: analfabetyzm. Zależnie od rodzaju broni, analfabetów było w wojsku od kilkunastu do kilkudziesięciu (60 i więcej) procent.
Już tylko bardzo starsi ludzie wiedzą, że w tamtych latach, a więc także podczas wojny i po niej, przykłady podobnej nędzy nietrudno było znaleźć także w Polsce nadwiślańskiej, po tej stronie Bugu. Raporty świadczą o tym, że Korpus Ochrony Pogranicza wziął na siebie obowiązek pomocy gospodarczej i oświatowej rejonom przygranicznym (zdarzało się, że zakładał np. sklepy spółdzielcze). Fakty przytoczone mówią, że niewiele mógł zdziałać, ale sama intencja jest chwalebna. Jeden z oficerów, człowiek pogodniejszego usposobienia, pisze: „Batalion KOP jest tą wierną, troskliwą matką ludności pogranicza, która głodnych nakarmi, nagich przyodzieje, nieszczęśliwych pocieszy, chorych pielęgnuje, a pokrzywdzonych weźmie pod opiekę prawa i sprawiedliwości”. Nie da się jednak ukryć, że przez ludność niepolskiej narodowości KOP nie był kochany.

 

Wydanie: 37/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy