Kosmiczny gułag

Wielkie dzieła naszej epoki, jak na przykład zdobycie Księżyca przez Amerykanów, miały swój początek w rywalizacji politycznej. Prezydent Kennedy skierował Apolla na Księżyc jako pierwszy, ponieważ Amerykanów użądliło wejście w kosmos czerwonych sowieckich sputników.
Ostatnim czasem prezydent Bush, który trochę się nacierpiał od krytyków jego antyirackiej wyprawy, postanowił sobie poprawić wiekopomnie szanse na drugą kadencję. W tym celu, wspomniawszy brawurowe posunięcie Kennedy’ego, zdecydował się swego poprzednika przelicytować. Według buńczucznych zapowiedzi Busha, już za kilkanaście lat nastąpi ogłoszenie amerykańskiego programu misji na Marsa. Właściwie prawie wszystkie człony owej misji zaprojektował kilka lat temu specjalista od lotów rakietowych, inżynier Robert Zubrin, któremu udało się dopchać do prezydenta Stanów Zjednoczonych ze swoim projektem marsjańskim. Zubrin, jak mogłem sądzić po jego książkach, jest tak zwanym realistą-entuzjastą. Brał udział w pracach nad rzeczywistymi rakietami w USA i zdaje sobie dokładnie sprawę z ich osiągów i budżetów. Jako prawy entuzjasta Zubrin staje się jednak coraz bardziej fantastycznym optymistą, kiedy wkracza w dalszą przyszłość astronautyki. Dość chyba powiedzieć, że na powodzenie wyprawy marsjańskiej składa się ciąg nieuniknionych do przejścia etapów, z których każdy jest w tym momencie bardzo mało prawdopodobny. Ostateczny efekt tych działań, wyrażony mnożeniem prawdopodobieństwa przebrnięcia przez kolejne poziomy misji, musi przyjąć wartość zera, jeżeli choć jeden z jego składników będzie miał zerową wartość.
Tak więc projekt wyprawy na Marsa wydaje się składać z samych słabych punktów: po pierwsze, sukces tak zuchwałego przedsięwzięcia w skali kosmicznej jest prawie niemożliwy, ponieważ niemal wszystkie niezbędne dla jego realizacji człony technologiczne nie zostały jeszcze opracowane, nawet na papierze. Po wtóre, koszty – zarówno ludzkie, jak i materialne – byłyby na pewno olbrzymie, jako że nie potrafimy (choćby i w przybliżeniu) ani ocenić zagrożenia astronautów promieniowaniem kosmicznym i trwającą miesiące psychiczną izolacją, ani określić górnego pułapu budżetu takiej wycieczki, która ma za cel planetę pustynną, bezpowietrzną, praktycznie bezwodną, wyzbytą ochronnej warstwy ozonu i ze względu na panujące tam warunki nadającą się najlepiej na kosmiczny gułag. Całe szczęście, że przynajmniej na razie nie ma na taki gułag szczególnego zapotrzebowania.

21 stycznia 2004 r.

Wydanie: 5/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy