Noc wielka, noc smutna

Noc wielka, noc smutna

„Były to czasy najlepsze i były to czasy najgorsze”, pisał Charles Dickens, rozpoczynając „Opowieść o dwóch miastach”, która obrazuje świat w XVIII w. Lepiej to pasuje do naszych czasów. To „czasy najlepsze”, bo troszczymy się o każde życie. Kiedyś było oczywiste, że starzy i chorzy marli jak muchy, umierały masowo dzieci, co przyjmowano naturalnie. „Czasy najgorsze”, bo w naszej epoce utraciliśmy poczucie sensu życia. Przyszła mi do głowy myśl: w jakimś sensie nas nie ma, bo „teraz” znika, gdy tylko się pojawi. A przeszłość i przyszłość są niebytem. Dlatego, aby istnieć, trzeba siebie wymyślić. Dzisiaj mieć więcej to pomysł na życie większości. Marny to cel.


Już wiemy, że pacjentką zero była Wei Guixian. To 57-letnia kobieta, która sprzedawała krewetki na targu w Wuhan. Przejdzie do historii. Kiedyś zostałaby spalona na stosie. Teraz ma się dobrze, więc jednak jest postęp, również w Chinach. Zaraza uparcie zabija głównie chorych i starych, to okrutne, ale tak lepiej, niż gdyby zabijała dzieci i młodych.

Grypa hiszpanka w 1918 r. zabiła 50 mln ludzi. Jak to w ogóle porównywać z koronawirusem. A prawdziwym światowym dramatem, ale przykrytym epidemią i odłożonym w czasie, jest ocieplenie klimatu. Warto, abyśmy nie tracili z oczu proporcji zagrożeń. Świat pędził do tej pory na złamanie karku. Nagle wszystko się zatrzymało. Ci, którzy nie trzymali się mocno uchwytów, upadli. Czegoś takiego w globalnej skali jeszcze nie było. To jakaś wielka osobliwość, bardzo sobie cenię osobliwości, ale cena zbyt wysoka za ten spektakl.

– Tata, czy to przejdzie do historii? – pyta mnie mój dziewięciolatek. Tak, historia dotyka nas swoim wskazującym palcem. Czułem ten palec w stoczni w sierpniu 1980 r., w stanie wojennym i gdy wygraliśmy wybory w 1989 r. Osobliwe, gdy nieliczni przechodnie patrzą na siebie wilkiem i omijają się z daleka. Wróg jest ukryty, niewidoczny, podstępny i opanował już cały świat. Optymista powie, że zaraza roku 2020 to dar od losu, żeby ludzie mogli się wyciszyć, zastanowić nad sensem życia, pobyć serdecznie z najbliższymi. Miesiące spokoju i refleksji zmienią na lepsze świat. Pesymista uśmiechnie się ironicznie. Ten spokój podszyty jest grozą, co będzie dalej. Ludzie słyszą, jak idzie w ruinę dorobek ich życia, czują, jak pętle kredytów zaciskają się na szyi, a dzieci chcą jeść i mieć, bo nauczyły się, że wszystko im się należy. I większość nie potrafi już się cieszyć wolnym czasem, czytać książek, kultywować życia rodzinnego. Odzwyczaili się. Małżonkowie, pracując długo, rzadko się widywali, teraz, skazani na siebie, z trudem wytrzymują wymuszoną bliskość. Ale zgadzam się, to szansa, by wielu z nas zrozumiało, że jesteśmy jedną rodziną, która żyje we wspólnym mieszkaniu; do tej pory były pozamykane drzwi i okna, teraz są otwarte. A poza tym wspólnym domem jest tylko kosmiczna pustka.


Mam luksus mieszkania w domu na progu podwarszawskiego lasu, las całkiem leśny, solidny, wcale nie miejski. Nie musiałem i nie muszę jeździć do pracy, siedzę i piszę, mając w oknie potężny, muskularny świerk. Mimo ogólnonarodowej kwarantanny mogę chodzić do lasu czy bywać w swoim ogrodzie. Ale przygnębia mnie, że tak wiele nieszczęść wokół. I przecież we mnie też uderzy ekonomiczny krach. Ludzie nie kupują pism ani książek, księgarnie zamknięte, a jak bieda, rezygnuje się z tego, co nie jest niezbędne. Będą bankrutować pisma i wydawnictwa. Odwoływane są spotkania autorskie. Na to jednak nie mam wpływu, więc martwię się umiarkowanie, nauczyłem się nie martwić tym, na co nie mam wpływu.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 15/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 15/2020

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Komentarze

  1. Piotr
    Piotr 17 czerwca, 2020, 00:41

    Mądre słowa, warte mojego czasu. Dziękuję.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy