Z daleka nie widać

Z daleka nie widać

Nie ma obawy, że zwyczajny albo i niezwyczajny czytelnik gazet i oglądacz telewizji wmiesza się nagle do wielkiej polityki i będzie po swojemu urządzał sprawy na Dalekim Wschodzie lub stosunki amerykańsko-perskie. Faktem jest tylko to, że media zachowują się tak, jak gdyby to było pożądane. Bezustannie apelują do sumienia swoich klientów, starając się zaangażować ich emocjonalnie w wydarzenia rozgrywające się gdzieś daleko, nierzadko na drugiej półkuli. O wszystkim warto wiedzieć, a to, co dalekie, już z tego tylko powodu wydaje się ciekawe. Gdy telewizja informuje nas, że w indyjskim stanie Bihar zginęło 17 osób, i wymaga jednocześnie, żebyśmy byli tym wstrząśnięci, może wielu posłusznych ulega wstrząsowi. Gdy mówią nam, że na polskich drogach 17 osób ginie codziennie, nie uważamy, że jest to fakt zasługujący na zastanowienie.

Jaki jest sens nakłaniania nas przez media do moralnego angażowania się i zajmowania stanowiska wobec wydarzeń zachodzących gdzieś daleko, na które nie możemy mieć żadnego wpływu, do stawania w wyobraźni po tej, a nie innej stronie konfliktu, o którym mamy wiadomości nader skąpe i przeważnie, jak łatwo zgadnąć, stronnicze? Co nas to obchodzi? A jeżeli już coś się w nas wzruszyło – jakie mamy sposoby i środki do wyrobienia sobie rzetelnej opinii? Trudno się zorientować, kto ma rację w awanturze ulicznej, co dopiero, gdy chodzi o konflikt Turków z Kurdami.

Ktoś powiedział, że wiadomości przekazywane przez media mają się tak do rzeczywistych zdarzeń jak cień do ciała, i to jedynie wtedy, gdy intencja dziennikarzy jest uczciwa, co nie jest regułą. W reakcji na te niepewne odbicia rzeczywistości my, klienci mediów powinniśmy rzekomo cierpieć, gniewać się albo entuzjazmować, brać stronę tych lub tamtych. A przecież nie mamy organu służącego do rozpoznawania moralnej strony spraw dalekich i nieprostych. Jak twierdził Arnold Gehlen, nasza moralna receptywność została ukształtowana w kręgu rodziny i małej, empirycznie bezpośrednio rozpoznawalnej grupy. Apelowanie do tej wrażliwości, gdy trzeba osądzić sprawy o charakterze procesów lub zdarzenia z procesów wyrastające i do tego zachodzące daleko, wydaje się zupełną pomyłką. Jednakże i w tym szaleństwie jest metoda. Czym byłyby wielkie media, gdyby ograniczały się do czystej informacji i bezstronnej analizy? Musiałyby przyznać, że rzeczy dzieją się zasadniczo poza ich wolą, a na taką postawę może zgodzić się tylko stoicki filozof. Media żyją z potępiania i krytyki. Nikt nie udzielił środkom masowego przekazu uprawnień krytyki, lecz jest ona dla nich jedynym sposobem istnienia. Ta krytyka – pisze Gehlen – zdobywa znaczenie i walor realnego czynu dzięki temu, że zaraża niejako szerokie masy. Nie zawsze, ale często wywołuje – dodam – epidemie głupoty.

Nasze autentyczne, realne sumienie nie zostało stworzone do rozpoznawania moralnej strony procesów i struktur, toteż media starają się wyposażyć nas w sztuczne sumienie przeznaczone do tego celu. „Nieprzenikalność superstruktur czyni bezsensowną procedurę przenoszenia doświadczeń z zakresu indywidualnego w sferę wielkich spraw i dlatego trzeba (rzekomo) zadowolić się poglądami i uczuciowymi bodźcami, do których jest się uprawnionym przez środki masowego przekazu” (Gehlen). Poglądy i nastroje wmówione ludziom przez media przeżywamy następnie jak własne i niepostrzeżenie stawiamy je na równi z naszymi autentycznymi rozeznaniami moralnymi. Mieszamy naturę wielkiej polityki z naturą życia codziennego i sądzimy, że w obu dziedzinach panuje ten sam rodzaj determinizmu i dobre intencje mają tę samą moc sprawczą.

Niektórzy są przekonani, że wielkie media, jak też światowa polityka, są kierowane przez zakonspirowane nieformalne albo i w pewien sposób formalne stowarzyszenia, koterie czy elity, co wydaje im się szczególnie niebezpieczne i godne napiętnowania z pozycji demokratycznych zasad równości i powszechnej partycypacji. Można się jednak obawiać czegoś dokładnie odwrotnego. Czy nie wydaje się niebezpieczna możliwość, że w rzeczywistości nad biegiem spraw światowych nie czuwa nikt bardziej dalekowzroczny niż ludzie sprawujący oficjalne rządy i nikt bardziej odpowiedzialny niż media? Jeżeli światem rządzą tylko ci, których widać i bardzo słychać, to nie ma dla nas ratunku.

Dopisek nerwowy. Ulżyło mi na duszy, gdy przeczytałem komentarz prof. Jana Widackiego w poprzednim numerze PRZEGLĄDU. Więc zdrowy rozum nie jest jeszcze w Polsce zakazany. Pedofilia? Cóż to za pojęcie rozciągliwe, a przez to bezużyteczne. W retoryce prawniczej wprost szkodliwe, a w Kodeksie karnym niech nas Bóg broni. Może ono oznaczać czyny ohydne, a również niewinne karesy i cały wachlarz przymilań się i zbliżeń uprzyjemniających życie. Julian Ursyn Niemcewicz (przyjaciel Kościuszki), według tego, co sam pisze o sobie, w Polsce panów Ziobry i Sekielskiego zasługiwałby na wieloletnie więzienie, gdy w swoich czasach narażał się tylko na przyjazne żarty.

Wymyślili sobie nieprzedawnialność przestępstwa pedofilii (jakiej?) jak zbrodni przeciw ludzkości. Politycy i dziennikarze zbici w zwarty tłum tracą umiar, rozsądek i strach przed śmiesznością. To samo arcybiskup jeden, drugi i trzeci, zwłaszcza warszawski przestraszony przez pana Sekielskiego. Ten zaś stawszy się santo subito z dnia na dzień, żąda otwarcia archiwów kościelnych. Dlaczego nie watykańskich, gdzie „nasz” papież schował haki na bp. Paetza, najsympatyczniejszego z biskupów, nawiasem mówiąc.

Znakiem firmowym III RP jest lustracja, zaczęła się i trwa polityczna, popierana przez Kościół, teraz doszła pornograficzna, żeby była równowaga, przeciw księżom różnej rangi.

Wydanie: 22/2019

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy