Krajobraz powyborczy – za wcześnie na pogrzeb lewicy

Krajobraz powyborczy – za wcześnie na pogrzeb lewicy

Opinia publiczna w Polsce jedynie podczas kampanii wyborczej trochę bardziej interesuje się wydarzeniami politycznymi. I to wciąż w bardzo ograniczonym stopniu (znowu ponad połowa uprawnionych do głosowania została w domu). Następnego dnia po wyborach polityków pozostawia się już samym sobie i przez kolejne cztery lata opinia społeczna sama sprowadza się do roli kibiców, czekając na kolejne wyborcze igrzyska.
Lewica tym razem nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek czekanie. O przyczynach porażki nie warto w tej chwili się rozpisywać. Na szczegółowe analizy przyjdzie czas. Dziś trzeba szybko się pozbierać i na zasadzie porozumienia, a nie frakcyjnych walk ustalić strategię na najbliższe miesiące. Tym bardziej że sytuacja w Europie i w świecie jest bardzo dynamiczna – obecne wyniki i sympatie wyborcze mogą szybko się zmienić. Czas cięć wydatków na cele społeczne pod rządami Platformy Obywatelskiej nastąpi niebawem w całej okazałości. Kto będzie zbierał polityczne owoce kryzysu społeczno-ekonomicznego? Jeśli lewica się nie otrząśnie, beneficjentem trudnej sytuacji będzie PiS, które wbrew komentarzom wielu mediów utrzymało bardzo mocną pozycję. Dlatego konieczna obrona praw socjalnych może się okazać jednoczesną obroną reguł demokracji, a także jednym ze sposobów na krzepnięcie lewicy w Polsce. Nie może być tak, że w całej Europie kryzys kapitalizmu napędza sympatię do lewicy (Niemcy, Włochy, Francja, Dania, Wielka Brytania), a my mamy marazm i apatię w sosie konserwatywno-prawicowym. Patrząc na sytuację powyborczą w Polsce, trzeba wyjść poza lokalne, narodowe podwórko i spojrzeć bardziej globalnie. A wszędzie w świecie narasta ruch sprzeciwu wobec nierówności i cięć socjalnych. Ta fala wcześniej czy później dotrze tutaj.
Tutaj pojawia się kolejna kluczowa sprawa dla odbudowania wpływów lewicy – kogo ma ona w Polsce reprezentować? Bez własnej bazy społecznej trudno wygrywać wybory. A czasy ogólnonarodowych partii już się skończyły – PO, dostając 39% poparcia przy 48-procentowej frekwencji, de facto wygrała decyzją 18% uprawnionych do głosowania. To mniej więcej tyle osób, ile żyje w Polsce we względnym poczuciu bezpieczeństwa socjalnego. Większa część biednego społeczeństwa po prostu nie zagłosowała. To olbrzymia rezerwa wyborcza. Lepiej mieć pewne głosy określonych sektorów społeczeństwa, niż liczyć na niepewną i wątpliwą sympatię ze strony wszystkich.

Trudno jednak docierać do ludzi, szczególnie tych zniechęconych do polityki, nie wychodząc poza gabinety partyjne. Sukces Palikota to w dużej części umiejętność prowadzenia działalności politycznej w przestrzeni publicznej – na ulicy, prowokując media, organizując happeningi, popierając inicjatywy i ruchy społeczne. Bez istnienia społecznych pomostów (inicjatyw obywatelskich, związków zawodowych, stowarzyszeń) trudno dotrzeć do określonych środowisk. Być może właśnie spontaniczne i niezinstytucjonalizowane środowiska lokalne będą jedną z sił napędzających dynamikę odświeżonej lewicy. Polityka bowiem to nie tylko czas wyborów, lecz także umiejętność wyzwalania aktywności społecznej na co dzień.
Nie ma co demonizować kiepskiego wyniku wyborczego SLD. Być może taka była konieczność historyczna, jak mawiają starzy, dobrzy marksiści. Wynik na poziomie 12-13% jedynie zakonserwowałby nijakość i brak pomysłu na dalsze działanie. 40-50 posłów SLD szybciej doprowadziłoby do zgonu lewicy parlamentarnej niż zimny prysznic i szansa na terapię szokową. Teraz już nie można się obijać i udawać, że jest dobrze. To ostatnie ostrzeżenie, które trzeba mądrze wykorzystać. I nie tylko o zmianę kierownictwa chodzi, ale o gruntowne przewietrzenie lokalnych i regionalnych środowisk. Być może odświeżenie szyldu też się przyda. A koncepcja szerszego ruchu społecznego upominającego się o równość społeczno-ekonomiczną oraz o wolność w sferze kultury będzie lepszym pomysłem niż sztywna struktura partyjna. Zanim jednak nastąpi szansa na niebo, trzeba przejść przez czyściec, bo grzechów i braku odpowiednich umiejętności po lewej stronie nazbierało się wiele.

Nie warto też demonizować Palikota i jego inicjatywy. Trzeba do sprawy podejść na chłodno. Błędem byłoby robić z niego głównego przeciwnika, bo prawdziwy wróg jest w innym miejscu. Rzucać się w objęcia Palikota jako wybawcy lewicy też nie ma sensu, ale tam, gdzie będzie to możliwe, warto nawiązywać współpracę. Co z tego wyniknie, nikt dziś nie wie, ale ryzyko podzielenia przez posłów nowego ugrupowania losów Partii Przyjaciół Piwa i innych sezonowych politycznych mód jest dość duże. Losy Ruchu Palikota w dużym stopniu zależą od przyszłej kondycji SLD. Ale ten mechanizm będzie działał również w drugą stronę.
Warto wspomnieć o jeszcze jednej sprawie. Kiedy wszystkie media onanizowały się klęską SLD, prawie nikt z przedstawicieli „wolnych mediów” nie zająknął się o klęsce inicjatywy prezydenta Dutkiewicza „Obywatele do Senatu”. Ostatecznie do Senatu dostał się w skali kraju jeden obywatel z tej głośno reklamowanej inicjatywy. Nie było też słychać jakiegoś wielkiego zadowolenia z przetestowania koncepcji okręgów jednomandatowych. Miały one wyzwolić społeczną energię, zwiększyć frekwencję i odpartyjnić wybory do Senatu. Te zaklęcia oczywiście się nie sprawdziły. I niech będzie to przestrogą dla tych, którzy wierzą, że poprzez zmiany formalne i grzebanie w ordynacjach wyborczych można poprawić jakość demokracji. Jednomandatowe okręgi oznaczają monopol największych aparatów partyjnych – w Senacie w 95% znaleźli się przedstawiciele PO i PiS. Taki Sejm byłby koszmarem.

Wydanie: 42/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy