Jeden drugiemu w sumienie właźcie

Jeden drugiemu w sumienie właźcie

Prowincjał dominikanów, o. Maciej Zięba, zakonnik silny masą i energią, ale duchem już chyba nie, przy każdej okazji, a niekiedy i bez okazji przypomina, że w PRL-u należał do opozycji. Zastanawiam się, co do rzeczywistej roli duchownego w ateistycznym socjalizmie dodawała opozycyjność polityczna. Nie było przecież w ustroju socjalistycznym, dziś popularnie zwanym komunizmem, opozycji bardziej zasadniczej, bardziej istotnej niż Kościół katolicki. Negował on nie taką czy inną cechę ustroju politycznego. Podważał, odrzucał całą ideologię, na której opierał się ustrój i z której wyrastał totalizm. Światopogląd marksistowski, który nadawał legitymizację (do czasu wystarczającą) ustrojowi, był nie do pogodzenia z religią. Trudno było wymyślić opozycję bardziej zasadniczą niż ta, jaką Ewangelia stanowiła dla marksizmu-leninizmu. Dominikanin zapewnia, że on wymyślił. Co wymyślił? Opozycjoniści spośród kleru uważali, że czasopisma, książki i broszury zawierające mniej lub więcej trafne, mniej lub więcej dokuczliwe dla PZPR polemiki polityczne były ważniejsze niż głoszenie słowa bożego. Ewangelia niech się schowa przed paryską „Kulturą” czy „Tygodnikiem Mazowsze”. Słyszymy zapewnienia, że Kościół obalił komunizm, że Ojciec Święty obalił. Może obalił, pytanie czym? Każdy ustrój polityczny jest niezadowalający i każdy wywołuje opozycję. Komunizm miał tę właściwość, że opozycję, którą budził, potrafił skutecznie tłumić. Gdy o. Maciej Zięba mógł bawić się w opozycję polityczną, komunizm musiał być już dobrze zdekomunizowany, skoro z przeciwnikami sobie już nie radził. Opozycja polityczna sama siebie za włosy z błota nie wyciągnęła. Była czymś wtórnym. Najważniejsza praca została wykonana wcześniej i przez kogoś innego. Nie rozumiem, dlaczego jedni księża zadzierają nosa i wywyższają się nad innych księży tylko z tego powodu, że gdy ci inni czytali brewiarz, oni zachłystywali się polemiką z PZPR i ZSRR. Dzisiejszy prowincjał dominikanów nie wyszedł z owej opozycji bardziej uduchowiony, lecz raczej bardziej zeświecczony.
*
Funkcjonariusze IPN doszli do wniosku, że o. Hejmo, też dominikanin, napisał na zamówienie Służby Bezpieczeństwa artykuł do czasopisma „W drodze”. Ojcowie dominikanie początkowo nie mogli tego artykułu znaleźć, potem znaleźli przy pomocy fachowców z IPN. Warto się wmyślić w treść tego artykułu. Fragment podobno inspirowany przez SB i według IPN niezmiernie groźny dla Kościoła brzmi następująco: „Rzeczywistość, w której znaleźliśmy się jako dominikanie, nakłada na nas ogromny obowiązek przemyślenia na nowo naszych zadań i naszych możliwości wcielania Ewangelii właśnie tu i w tym czasie. Nie możemy zmarnować szansy. Nie wolno nam tracić energii na sprawy marginesowe, obce duchowi Ewangelii i mądrości Zakonu”. My, laicy, nie możemy zrozumieć, co przez to chciała powiedzieć Służba Bezpieczeństwa. Niedocieczone są zamysły tajnych służb. W tamtym czasie wydawało mi się, że umiem pisać w „Tygodniku Powszechnym” między wierszami i przemycać zakazane myśli. Nie przyszło mi do głowy, że tę samą sztukę wymijania cenzury uprawia także SB za pomocą swojego agenta w bratnim miesięczniku „W drodze”.
Przeczytałem, co mówi o. Hejmo o swojej działalności. Panujące obecnie wyobrażenia na temat współpracy z SB są tak naiwne (u jednych) i tak dobrze zakłamane u drugich, że mało kto dostrzeże, iż o. Hejmo, przez niektórych brany za naiwnego prostaczka, w rzeczywistości był przebieglejszy od funkcjonariuszy SB i to on nimi się posługiwał, a nie oni nim. Jego przełożeni w Kościele posyłali go do prac, gdzie z góry było wiadomo, że kontaktów czy współdziałania w jakimś zakresie ze Służbą Bezpieczeństwa nie da się uniknąć.
Funkcjonariusze IPN nawet nie starają się rozróżniać tych, którymi posługiwała się SB, od tych, którzy bezpieką się posługiwali dla celów politycznych, przez siebie wybranych. Okrzyknięto agentem Wiktora Trościankę z Radia Wolna Europa, mimo że wszystkie fakty wskazywały jednoznacznie na to, że to Trościanko wykorzystywał PRL-owskie służby specjalne w celu zwalczania Jana Nowaka-Jeziorańskiego i linii politycznej, którą ten radiu wytyczył. Pokolenie, które przeszło przez „Solidarność” i wychowało się w gęstej atmosferze moralnego kolektywizmu, jaką ten ruch się charakteryzował, zupełnie nie rozumie działania politycznego podjętego przez jednostkę we własnym imieniu na podstawie własnego indywidualnego rozpoznania sytuacji i nie obliczonego na zdobycie aprobaty takiej czy innej grupy społecznej. Nie wszyscy czekali na masowy ruch protestu, który w dużym stopniu zapewnia bezkarność jednostkom do ruchu należącym. Jak się uprawiało indywidualnie politykę antykomunistyczną, nie mając oparcia ani w środowisku starych komunistów odstawionych od władzy, ale dających pewną osłonę, ani w żadnym ośrodku zagranicznym, mógłby powiedzieć Leszek Moczulski, gdyby teraz był takim ryzykantem, jakim był pod władzą „komunistyczną”, albo ów adwokat z Łodzi, któremu IPN odmówił statusu pokrzywdzonego. Oni jednak nie chcą powiedzieć tego, co dobrze wiedzą. Kto by ich zresztą z uwagą wysłuchał?
Stadnie myślące pokolenie przyznaje sobie prawo osądzania jednostek działających według innej logiki niż logika stada. W „Solidarności” logikę stada nazywano „społeczną podmiotowością”. Z góry mówiłem i mam na to świadków, że wywyższenie podmiotowości kolektywnej nad podmiotowość indywidualną doprowadzi Polskę do moralnej degrengolady, choć nie spodziewałem się, że społeczeństwo obsunie się aż na takie dno, na jakim obecnie się znajduje. „Jeden drugiego brzemiona noście” przemieniło się w: jeden drugiemu w sumienie właźcie, jeden drugiego lustrujcie, jeden drugiego w błoto wdeptujcie i gnojówką polewajcie.
*
Mecenas Maciej Bednarkiewicz, znany działacz „Solidarności”, były prezes Trybunału Stanu, powiedział ostatnio: zarzut współpracy z SB jest w powszechnym poczuciu cięższy niż zarzut spowodowania np. wypadku drogowego. Domniemany pirat drogowy czy inny przestępca jest stawiany przed sądem, gdzie może przedstawić swoje racje, ma adwokata, a sędziowie badają sprawę przed wydaniem wyroku. Obwiniony o współpracę z SB nie jest stawiany przed sądem (ponieważ jego czyn nigdy nie był zakazany), nie ma możliwości obrony, wszystko zaczyna się dla niego i kończy na oskarżeniu, które jest wyrokiem i egzekucją. Trudno dobitniej określić zdziczenie moralne, w jakie stoczyła się Polska.
Czy nie jest to chwila odpowiednia, żeby przynajmniej powołać urząd rzecznika praw obywatelskich w Polsce?

Wydanie: 24/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy