Kto trzyma władzę

Kuchnia polska

Nie znam się absolutnie na stosunkach panujących na Litwie i wiem o tym tylko tyle, ile przeczytałem w naszych gazetach. Z tych zaś można się dowiedzieć, że niedawno wybrany nowy prezydent Litwy, Paksas, podejrzany jest o to, że o jego wyborze na ten zaszczytny urząd zadecydowały pieniądze i poparcie rosyjskiej mafii, z którą utrzymują stosunki ludzie z jego najbliższego otoczenia. Co gorsza, mówi się, że zawierając ten pakt z mafijnym diabłem, prezydent podjął wobec niego jakieś konkretne zobowiązania – głównie rzecz jasna w sferze gospodarczej, prywatyzacji itd. – podpisując nawet jakiś cyrograf, o którego realizację mafia podobno już się upomina.
Nie wiem, czy to wszystko jest prawdą i właściwie nie bardzo mnie to obchodzi. Ciekawsze natomiast jest pytanie, czy jest to prawdopodobne. Otóż oczywiście, że jest.
I właśnie w tym uznaniu za rzecz całkiem prawdopodobną sytuacji na zdrowy rozum horrendalnej i skandalicznej przegląda się nasz zupełnie nowy i niedający się pomyśleć wcześniej stosunek do władzy państwowej. Nie tylko u nas zresztą, ale wszędzie, w skali światowej.
Nie dziwi nas więc, gdy czytamy, że miliarder George Soros postanowił – całkiem słusznie zresztą – wyłożyć 70 bodaj milionów dolarów, aby prezydent George W. Bush nie został wybrany na następną kadencję. Albo że wśród polskich elit władzy toczy się dyskusja, czy partie polityczne powinny czy też nie powinny być finansowane z budżetu państwa, finansowanie przez państwo bowiem powiększa ich apetyt na władzę, obciążając w dodatku podatników kosztami partii, na które nie głosowali i za które nie daliby złamanego grosza, natomiast brak tego finansowania z budżetu zawiesza partie polityczne na klamkach rozmaitych krajowych i zagranicznych bogaczy, pozbawiając je do reszty samodzielności politycznej.
Są to sprawy, o których mówi się dziś otwarcie i bez żenady jako o normalnej rzeczywistości. Przegląda się w tym całkiem nowa sytuacja, której znamieniem jest kompletne pozbawienie władzy państwowej cech charyzmatycznych.
Politolodzy mówią, że początkiem tego była słynna afera Watergate z roku 1974, która odarła prezydenta Stanów Zjednoczonych ze wszelkich dekoracji autorytetu moralnego, ukazując go jako cwaniaka i krętacza, chociaż w zakresie polityki Nixon był całkiem niezłym, skutecznym prezydentem.
I od tej pory sprawy poleciały jak oczko w pończosze. Prezydentem Clintonem media i Kongres wycierały już podłogę w tzw. aferze rozporkowej, chociaż jego przelotny romans ze stażystką był niczym w porównaniu z życiem seksualnym Johna F. Kennedy’ego, o Bushu juniorze mówi się zaś bez ogródek, że nie tylko przy pomocy swojej rodziny oszukał wyborców, ale sam jest analfabetą dyslektykiem i alkoholikiem, który teraz niedobór alkoholu rekompensuje sobie nadmiarem władzy.
Dość gładko poszło to też w Europie. Jako przestępca wyrzucony został z kraju całkiem sprawny premier Włoch, Craxi, Helmut Kohl, który zjednoczył Niemcy, odszedł w aurze afery korupcyjnej, za szwindle ściga się premierów i ministrów Francji, podobnych afer cytować można setki, w każdym kraju.
Czy oznacza to nagłe załamanie się moralności tzw. klasy politycznej?
Nie oznacza. Istnieje wiele dowodów na to, że w rozmaite paskudne afery zamieszani byli politycy, prezydenci i premierzy od bardzo dawna, wręcz od początku demokracji parlamentarnej, ponieważ wcześniej monarchom i tak wszystko było wolno. Oznacza to natomiast coraz powszechniejsze przekonanie, że władzą może być każdy, kto ma na to ochotę, niezależnie od wiedzy, charakteru, moralności, nie mówiąc już o charyzmie, ponieważ sprawowanie władzy formalnej niewiele ma wspólnego z rządzeniem. Dowodem tego jest wybór aktora Arnolda Schwarzeneggera, kulturysty i osiłka, na gubernatora stanu Kalifornia, w końcu jednego z najważniejszych stanów w Ameryce. Przy wyborze Schwarzeneggera wyborców interesowało głównie to, które z pań Schwarzenegger posiadł przemocą, a nie to, że z wyrozumiałością wyrażał się o Adolfie Hitlerze, co uznano za jego prywatne hobby.
Świat polityki, świat władzy staje się coraz jawniej teatrzykiem kukiełek, co zaś dziwniejsze, dzieje się to za przyzwoleniem społeczeństw, które go wyłaniają. Mnóstwo jest studiów, które pokazują, że w dzisiejszych czasach o objęciu nawet najwyższych urzędów w drodze wolnych wyborów decydują krawat, kolor koszuli, wzrost czy stan uzębienia, a nie żaden program czy charyzma.
A więc na końcu pojawia się wreszcie pytanie serio i dość zasadnicze: kto rządzi naprawdę? Jeżeli świat polityki jest teatrzykiem, a jest nim w coraz większym stopniu, kto wreszcie pociąga za sznurki? Kto na przykład naprawdę będzie rządził stanem Kalifornia, gdy Schwarzenegger będzie sobie wyrabiał lub nacierał oliwą mięśnie? Kto będzie rządził Polską, gdy partie polityczne bardziej niż obecnie zależeć będą od zrzutek kapitału?
Myślę, że są na to dwie możliwe odpowiedzi. Pierwsza, że autentyczną władzę sprawują wielcy oligarchowie finansów. Taką teorię wyznaje prezydent Rosji Putin, który chce rządzić naprawdę, dlatego też postanowił złamać oligarchów, pozbawić ich skradzionych przeważnie w procesie prywatyzacji majątków i razem z władzą tytularną osiągnąć władzę faktyczną, skupiając majątek w ręku państwa, to znaczy swoim. Druga odpowiedź jest taka, że formalny system władzy, powiązany z krociami rozmaitych interesów wytwarza w końcu coś w rodzaju stanu równowagi, w którym wszystkie sprzeczne interesy są mniej więcej reprezentowane przez mniej lub bardziej skorumpowanych polityków, co nadaje systemowi władzy względną reprezentatywność. Oczywiście, z wyłączeniem tych, którzy nie są w stanie nikogo korumpować albo przymuszać ich innymi sposobami.
Zastanawiamy się już dziś zawczasu, kto ma szanse zostać prezydentem Polski, a pan Nałęcz bada uparcie, kto trzyma władzę polityczną w środkach przekazu. Istotne jednak pytanie brzmi: kto rzeczywiście trzyma władzę w Polsce, to znaczy, czy skłaniamy się raczej w stronę systemu oligarchicznego, za czym przemawiałaby np. pozycja p. Kulczyka na szczytach władzy, czy też systemu gry mnóstwa absurdalnych nawet interesów grupowych, za czym przemawiałaby np. postawa posłanki Hojarskiej, która występuje w interesie rzeźników troglodytów przeciwko obrońcom zwierząt i ekologom.
Myślę, że jak zwykle jesteśmy w stadium przejściowym. Na co jednak najmniejszy wpływ ma to, kto będzie prezydentem, premierem czy czymś takim.

 

Wydanie: 48/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy