Z papieżem na pochodzie – ideologia jako narzędzie polityki

Z papieżem na pochodzie – ideologia jako narzędzie polityki

Ideowcy w polskiej polityce są zazwyczaj po prawej stronie. To tam znajdziemy więcej rozgrzanych umysłów i prawdziwych wyznawców najbardziej szalonych idei. Na lewicy w Polsce widać raczej „bywalców” niż „wyznawców” – ci pierwsi są bardziej zajęci własnymi gierkami i uprawianiem politycznej socjotechniki niż tworzeniem wizji. Wystarczy przejść się do księgarni i zobaczyć, ile już powstało książek o bohaterstwie Kaczyńskiego i spiskowych wizjach katastrofy w Smoleńsku, podanych w bogoojczyźnianym sosie prawych i sprawiedliwych Polaków. Książek o skutkach neoliberalnych rządów w Polsce, o logice towaru i zysku, która niszczy sferę publiczną, czy też o politycznych narzędziach stosowanych przez Kościół w Polsce jest niewiele.
Lewica w Polsce wciąż zaniedbuje sferę symboli, ideologii i szeroko rozumianej kultury w życiu publicznym. Bez tego trudno prowadzić skuteczne kampanie polityczne. Konkurenci wiedzą, jak to się robi. Zapowiedź beatyfikacji papieża Polaka 1 maja jest przykładem mistrzowskiego kolonizowania przestrzeni publicznej przez Kościół. W ten sposób jedna z ostatnich enklaw tradycji lewicowej w Polsce jest spychana na margines przez kościelnych specjalistów od marketingu. Teraz nawet jeśli dojdzie do dużych demonstracji pierwszomajowych, to nikt już ich nie zauważy. Czerwień została zastąpiona kościelną czernią. Poza św. Józefem (mianowanym przez kościelnych speców od ideologii patronem pracowników) teraz dodatkowo rocznica uświęcenia papieża będzie w Polsce przykrywała jakiekolwiek odwoływanie się do tradycji ruchu robotniczego i walki związkowej. Dyżurni dziennikarze z „wolnych mediów” już się postarają o to, żeby 1 Maja nie kojarzył się z „Międzynarodówką”, ale z „Barką” i innymi hitami papiesko-oazowymi. Teraz od początku kwietnia (rocznicy śmierci papieża) przez 10 kwietnia do patriotyczno-religijnego weekendu majowego będzie w Polsce obowiązywał „miesiąc pamięci narodowej”. Można go w razie potrzeby rozszerzyć na kolejne tygodnie – zawsze znajdzie się jakaś rocznica pozwalająca umacniać trwanie skansenu i zamianę Polski w jedno wielkie muzeum historyczno-patriotyczne. Tym, którzy nie mogą znieść bełkotu nacjonalistyczno-klerykalnego, pozostaje przenieść plany urlopowe z okresu wakacyjnego na kwiecień i wyjechać w tym czasie do trochę bardziej normalnego kraju.
Ale nie tylko Kościół w Polsce jest dobry w marketingu i reklamie, również inne grube ryby biznesu wiedzą, jak manipulować świadomością zbiorową. W 1999 r., kiedy Jerzy Buzek rozpoczynał serię swoich czterech plag (nazywanych nie wiadomo czemu reformami), zarządy powstających wówczas OFE w kampaniach reklamowych obiecywały przyszłym emerytom wypoczynek na Hawajach i pod palmami. Dziś, dużo bogatsze o pieniądze z przymusowej składki (płaconej przez przyszłych emerytów, którzy będą żyli w nędzy), obiecują w kampaniach reklamowych, że „obronią nasze pieniądze przed rządem i politykami”. Ale kto obroni podatników przed chciwą pajęczyną OFE, do których przynależność jest przymusowa? Guru fundamentalistów rynkowych, prof. Balcerowicz, robi dramatyczne miny i mówi – w kontekście odebrania części kasy OFE – o „zerwaniu umowy społecznej”. Prawdziwy specjalista od umów społecznych się odezwał.
Kiedy lewica zaproponuje swój własny kalendarz w Polsce? Trochę nieco innej kultury symbolicznej w polskiej codzienności mogłoby odmienić szarą rzeczywistość. Np. obecnie zamiast sezonu na fałszywe i pełne hipokryzji imprezy charytatywne, gdzie bogacze przed telewizyjnymi kamerami zrzucają okruchy z pańskiego stołu, można obchodzić karnawał RIO-botniczy, podczas którego wszyscy bezrobotni i żyjący poniżej średniej krajowej mogliby podziękować elitom władzy za cudowne efekty transformacji. Marsze karnawałowe mogłyby się odbywać pod siedzibami największych banków i instytucji rządowych. Karnawał RIO-botniczy byłby dobrą okazją do upomnienia się o prawa robotników w polskim kapitalizmie.
W rocznicę inwazji na Irak lub Afganistan oraz wysłania tam polskich wojsk można świętować Dzień Dezertera, podczas którego będzie się czciło pamięć ofiar wszystkich wojen toczonych w imię ropy i stabilizacji dolara.
Rocznicę śmierci Barbary Blidy lewica może uznać za Dzień Ofiar Aparatu Państwa i Jego Służb. Wielu rodaków chętnie wyraziłoby wdzięczność za kontrolę ich poczty mejlowej, podsłuchy telefoniczne i areszty wydobywcze. Walka o bezpieczeństwo i przejrzystość RP nie powinna zostać niezauważona.
Nie można także zapomnieć o prześladowanych z powodu bezwyznaniowości, innej orientacji seksualnej czy też odmiennej przynależności etnicznej – „święto różnorodności kulturowej” z pewnością mogłoby być bardziej radosne niż mroczne obchody 11 Listopada.
Warto także, żeby w kalendarzu znalazło się miejsce na dzień obrony mediów i sfery publicznej przed cenzurą rynku, zalewem komercyjnej papki i kompletną infantylizacją przekazów informacyjnych. To dla tych, którzy nie chcą już oglądać rozbieganych oczek redaktora Kraśki i historyjek o zagubionym w Warszawie pytonie.
Osobny dzień powinien być poświęcony ofiarom systemu służby zdrowia – tym, którzy w kolejkach do specjalistów nie doczekali dnia wizyty i dla których zabrakło miejsca w szpitalach. Transparenty z hasłem „Zdrowie to nie towar, lecz prawo każdego człowieka” mogłyby tego dnia przypominać o tej zapomnianej prawdzie.
Rzeczywistość za oknem aż się prosi o nazwanie jej w nieco innym języku niż ten obecny w mediach i polskiej polityce. Kto będzie miał odwagę to zrobić, ten zdobędzie dużą moc. Pamiętajmy, że na początku było… słowo.

Wydanie: 5/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy