Miasta na skałach

Wieczory z Patarafką

To wygląda mniej więcej tak: jedzie się przez bezludzie, przez skaliste zwaliska, przez góry i zupełnie niespodziewanie zza kolejnego zakrętu wyłania się bajkowe miasto na górze, otoczone przepaściami, ogrodami, lasami palm i cyprysów, warowne, strzelające wieżami kościołów i alkazarów (czyli warownych zamków), wyłożone błękitnymi kafelkami, idealnie odnowione i idealnie czyste. Autokar tam nie wjedzie, uliczki są w typie warszawskich kamiennych schodków. To Segowia, Avila, Cuenca, Toledo, Ronda. I inne, mijane przejazdem. Piekielny pęd dwutygodniowej wycieczki sprawia, że już w jej trakcie wszystko zlewa się w jedną tęczową, nieprawdopodobną smugę. Proszę: 140 zabytków klasy zero w samym Toledo. I jeszcze 400 km dojazdu na nocleg pod Kordobą.
Albo: do północy Cuenca, o świcie 150 km do Madrytu, zwiedzanie centrum, jeszcze 100 przez góry Sierra de Guaderrama do Segowii, w Segowii sławny akwedukt i przepyszny Alkazar, jakby go wybudował Ludwik Bawarski. Spacer przez całe miasto. Na górę i w dół, i jeszcze raz. 100 km do Avili. Klasztor św. Teresy, 80 wież z XI w. i prędko, prędko, bo jeszcze trzeba przejechać 300 km na nocleg pod Toledo. To trochę tak jakby jednego dania zwiedzić Warszawę, Częstochowę i Kraków, a na nocleg zdążyć do Gdańska. Z tym że bogactwa hiszpańskich miast są bez porównania większe i wspanialsze. Składają się na nie trzy warstwy: rzymska, arabska i katolicka. Jedni zapożyczali od drugich, budowali na poprzednich fundamentach, meczet zmieniał się w kościół, synagoga w targowisko albo klasztor. Ach, bo przecież w każdym mieście zachowała się żydowska dzielnica – juderia, bo sami Żydzi stworzyli w Hiszpanii wysoką cywilizację duchową i materialną, o czym wiedziałem i napisałem w „Goju”, ale co zobaczyłem na własne oczy dopiero teraz. Więc właściwie jest to kraj czterech cywilizacji, a jedna bogatsza od drugiej. Jak się to wszystko zazębiało, świadczył protest chrześcijańskiego duchowieństwa sprzed prawie 2 tys. lat, że rabin święci chrześcijańskie pola. Myślę, że święcona woda była taka sama i tak samo polom pomagała. A w ogóle urząd gospodarki wodnej (a ściślej sąd) jest jedynym, który przetrwał od czasów rzymskich do dzisiaj i nadal ma te same kłopoty.
Ponieważ w Hiszpanii od 3 tys. lat wszyscy wojowali ze wszystkimi, siedziby musiały być obronne, zatem ciasne, obwarowane i położone w niedostępnych miejscach. Do dzisiaj tych narodów jest co niemiara. Na półwyspie osobnego państwa dorobili się Portugalczycy, ale są jeszcze Baskowie, podobno najstarszy naród w Europie, Katalończycy, a nawet osobny naród i język Walencji. Andaluzja, Kastylia, Aragonia, Murcja, Estramadura i cała północ też nie byłyby od tego, żeby uzyskać autonomię. Brrr, zaczynam niemal rozumieć Hitlera… A propos dyktatorów: Franco też sobie wybudował ni to zamek, ni to willę na górze, skąd widać zarówno siedzibę hiszpańskich królów – Escorial, jak i słynny cmentarz wojny domowej, gdzie z jednakowym szacunkiem pochowano poległych o b u stron. Zresztą także obie strony uzyskały uprawnienia kombatanckie; wstyd, jak to rozwiązano w Polsce…
Każde z tych skalnych miast było kiedyś albo stolicą księstwa, albo udzielną warownią, rzymskim miastem czy też ostoją Bóg raczy wiedzieć jakiego plemienia, następnie wpadło w ręce Arabów, a wreszcie odbili je chrześcijanie. Arabowie na ogół świecili tolerancją, a chrześcijanie, niestety, wprost przeciwnie. Ale powstała z tego taka miszkulancja tradycji, wyznań, ras, języków i stylów, a jeszcze jak na to się nałożyły południowoamerykańskie pieniądze i obyczaje, to powstało coś zupełnie przedziwnego.
Jest tego tyle, że nawet wyliczyć nie sposób. Nawet patrzyło się równocześnie na lewo, na prawo, wprost i do tyłu. A przewodnik tymczasem opowiadał niestrudzenie, ale już chyba nikt nie wiedział, o czym właściwie. Widziałem w sumie jakieś 18 miast, po dwie godziny na każde, a tymczasem i tygodnia na jedno byłoby za mało. Na południu miasta rozłożyły się szerzej, co nie znaczy, że skończył się nieustanny sprint do góry i na dół. Ale miasta na skałach mają jakąś osobną poetykę, domy wyrastają ze zboczy górskich, żadna ulica nie jest ani prosta, ani równa, wszystko jest tylko zaułkiem, krzywizną, nic nie jest nowe, a jednocześnie nic nie jest brudne. Ale równocześnie – 30 banków na jednej uliczce i 130 barów i restauracyjki.
Teraz rozkładam albumy nabyte w drodze, cholernie ciężkie, i dziwuję się: czy ja naprawdę tam byłem?

 

Wydanie: 45/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy