Kombatanctwo odsłania twarz

Kombatanctwo odsłania twarz

Czasopismo „Arcana” opublikowało (4/2016) wywiad redaktora naczelnego Andrzeja Nowaka z prof. Andrzejem Walickim. Cała publikacja jest nader interesująca, a szczególnie zastanowiła mnie następująca wypowiedź Walickiego: „W Polsce zwyciężyła świadomość »kombatancka«”. (Proszę zwrócić uwagę na cudzysłów). „Utwierdzała się w Polsce taka świadomość kombatancka, która zamiast otwierać się na jakieś pozytywne ideały – czy to europejsko-liberalne, czy liberalno-patriotyczne – główną legitymizację nowej elity tworzyła z antykomunizmu. Co ja mówię, to nie antykomunizm, to antypeerelizm. Ja uważam, że zmiany nie powinny polegać na takich cięciach [tj. radykalnych zerwaniach ciągłości – BŁ], ale powinny przyświecać im pozytywne idee regulatywne. Ówczesny doradca Wałęsy powiedział, że były dwie drogi do niepodległości: jedna walki zbrojnej, a druga dyplomatyczna. A dla mnie naturalna była droga pracy organicznej. Teraz jednak spotykam się dookoła z tak małą wiedzą historyczną, co mnie przeraża – bo jak gdyby te wszystkie kilkadziesiąt lat mojego życia przestało być interesujące, kojarzy się ze słowem komunizm – i wszystko jasne, a raczej wszystko ciemne (…), właściwie nikogo nic nie interesuje [nic z tego, jak rzeczywiście było – BŁ]. Wie Pan, mnie się wydaje, że to jest takie zerwanie ciągłości – już nie z PRL, ale z historią w ogóle, z przeszłością. A narodu bez jakiejś formy ciągłości nie ma. (…) Na przykład – wydaje mi się, że Roman Dmowski i cała endecja jest nieskończenie bogatsza, jak się ją czyta i widzi w kontekście, niż jak się operuje jakimiś sloganami, obrazkowym stereotypem: tam czarno, a u nas – biało”.

Myślę, że nawet w takim skrócie przedstawiony pogląd Walickiego jest zrozumiały i bliski wielu ludziom, którzy zastanawiają się nad swoim pokoleniem i mają poczucie, że ich życiu w sposób oszukańczy odebrano prawdziwy sens i nadano sens kłamliwy. Od ćwierci wieku słyszymy, że trzeba odzyskać pamięć, i jednocześnie widzimy, jak potężne siły władzy świeckiej i duchownej zakłamują historię Polski czasu wojny i czasu powojennego. Zakłamywano i w poprzednim ustroju, ale na niby i bezskutecznie, a teraz robi się to z zaangażowaniem i skutecznie. Nie wiem, czy zakłamywanie ma służyć nieustającej walce z PRL, czy odwrotnie, ta walka ma na celu uwiarygodnić zakłamywanie. Obóz rządzący podpisuje się pod ideologią konserwatywną, jedni pod wersją liberalną, drudzy narodową i ci drudzy teraz rządzą. I ci jedni i drudzy rzekomi konserwatyści dokonują tak radykalnego zerwania z Polską Ludową, że zgubili samo pojęcie zachowawczości, ideę dorobku historycznego. To „kombatanctwo” nie szanuje niczego, co jest rzetelną pracą, twórczością, zdobyczą instytucjonalną, wzbogacającym społeczeństwo osiągnięciem. Nihilizm nadaje sobie fałszywy wizerunek, podszywając się pod konserwatyzm, który jest jego retoryką, i pod „kombatanctwo”, które jest roszczeniem do przywilejów.

Gdy Andrzej Walicki mówi, że nastąpiło zerwanie ciągłości nie tylko z PRL, ale z historią w ogóle, mogę nie znać jego argumentów, ale mam silne poczucie, że mówi prawdę. Powiedział któryś z wielkich historyków: żeby poznać przeszłość, trzeba wielkoduszności. Panuje usposobienie dokładnie przeciwne – złośliwa, nędzna małoduszność – manifestująca się tak w ocenach okresów dziejowych, jak w stosunku do jednostek żywych i umarłych.

Źle reaguję na słowo populizm, gdy jest ono używane w funkcji złej oceny. Kiedyś podczas seminarium czy konferencji Stefan Kisielewski wyrwał mnie do odpowiedzi na pytanie, czym jest populizm. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem i powiedziałem tylko to, co wówczas pisano monotonnie o populizmie Ronalda Reagana, w czym było mało treści. Najtrafniejsza wydaje mi się definicja Jakuba Karpińskiego, nieżyjącego już socjologa polityki: populizm to demokracja bez instytucji. Dzisiejsza władza – nie tylko kaczyści, lecz również ich rywale – wywodzi się z populistycznego ruchu Solidarność. Był to niewątpliwie ruch demokratyczny, ale nie niósł ze sobą żadnych koncepcji instytucjonalnych ani w ogóle żadnych idei pozytywnych. Samorządna rzeczpospolita to tylko inna nazwa populizmu. Wystarczała walka z komuną, czyli z PRL. Nie bez racji jedni interpretowali Solidarność w duchu idealistycznego anarchizmu Abramowskiego (Wojciech Giełżyński), a inni z jeszcze większą racją przywoływali „Rozważania o przemocy” (robotniczej) Georges’a Sorela. W tej bezradności zapożyczono wzory demokracji liberalnej z Zachodu w przekonaniu, że dzięki temu będziemy równi Europie. To zapożyczenie było jak chodzenie na palcach, żeby się wydać wyższym. Ale jak długo można chodzić na palcach? Właśnie widzimy, jak postsolidarnościowa Polska wraca do stąpania całymi stopami, czyli do swojej normalności.

Wydanie: 7/2017

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy