Różne oblicza Tybetu

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Dalajlama wędruje po świecie i jest w tym podobny do Jana Pawła II. To zresztą ciekawa analogia i zarazem ostry kontrast, ale i całkiem osobny temat, którego w tej chwili nie chcę rozwijać. Czternasty Dalajlama podbił mnie jakimś wywiadem, w “Forum” chyba przed laty, w którym stwierdził, że jego następna inkarnacja wcale nie musi być człowiekiem. Może się wcielić – powiedział – na przykład w górskie jezioro… To było bardzo ładne. Nie dziwię się też wcale, że jest idolem New Age.
Idolem jest zresztą cały Tybet, ze swoimi legendami o Agarcie, o Szambali (czy też Szangri-la), o górze Meru, jego religia i medycyna, jego wręcz niesamowita geografia i pradawna filozofia, Bardo-Thoedol, i tak można wymieniać w nieskończoność. Krótko mówiąc, jest to Tybet teozofii, cudów i wszelkiej wiedzy tajemnej. Ale, z drugiej strony, znamy i inne oblicza Tybetu. Nie mówię nawet o jego walce o autonomię czy zupełną niepodległość, bo to znów całkiem osobny temat. Wiemy, że nasz własny kraj od wieków marzył o niepodległości i suwerenności, a kiedy ją zdobył, co prędzej chce się stać cząstką federacji, tyle że innej niż dotąd. Z Tybetem będzie zapewne tak samo.
Ale co my naprawdę wiemy o Tybecie realnym, prawdziwym, bo Tybet Dalajlamy, który jest wygnańcem, to przecież raczej kraj marzeń. Otóż wiemy, jak się okazuje, całkiem sporo. Wprawdzie z żalem muszę zrezygnować z rzekomego “lamy”, który okazał się Irlandczykiem, bo pisał istotnie ciekawie, tyle że raczej z sufitu. Ale już Aleksandry David-Neel “Mistycy i cudotwórcy Tybetu” wydają się bardziej wiarygodni. A już “Zdobycie nieba” Andrzeja Brauna to powieść w najwyższym stopniu godna uwagi. Braun rzeczywiście był w Tybecie, a pamiętamy przesławne awantury między Ossendowskim a Sven Hedinem na temat tego, co kto tam z nich coś widział lub nie widział.
Na pewno widział prawdziwy Tybet Gonbodżab Cybikow, którego dziennik wydał PIW dwadzieścia pięć lat temu. Przy okazji wizyty Dalajlamy powtórzyłem lekturę. Ja nawet o tej książce w swoim czasie pisałem, ale dość kwaśno, bo mi się nie podobała. Doceniłem ją dopiero teraz. Cybikow oglądał Tybet równo sto lat temu, ale pewne rzeczy zmieniają się bardzo wolno. Do Tybetu, zarówno wtedy, jak i dzisiaj, trudno się dostać, a trudności drogi stanowią tu chyba istotną część zrozumienia (o ile w ogóle możliwe) tego kraju. Wedle naszych zachodniodemokratycznych standardów jest to istny koszmar. Wprawdzie już bardzo dawno temu zniesiono tam karę śmierci, ale zachowano kary cielesne, na przykład, bagatelka, wyłupywanie oczu. Stan higieniczno-sanitarny okropny, wręcz strach opisywać. Kuchnia może się przyśnić. I tak prawie bez końca.
Dalajlama ma rację, nie chcąc całkiem zrywać z Chińczykami, bo to jednak szansa na ucywilizowanie kraju. Ale może Tybet nie powinien być ucywilizowany? Na przykład sprawa klasztorów. Jest to rzeczywiście teokracja, ale szczególna. Kraj dzieli się na sekty lamaickie, które kiedyś ze sobą wojowały, ale to już przeszłość. Więc są różne ośrodki władzy. Część mnichów zwyczajnie się żeni i dość wyraźnie nie mają tam takiego hyzia na punkcie seksu co u nas. Jest na przykład rzeczą zwyczajną, że kobieta ma kilku mężów, a mężczyzna kilka żon. Zresztą większość zachodnich obyczajów i norm nie ma tam w ogóle racji bytu. A że zasada niezabijania niczego prowadzi do tolerowania wszy i pcheł – no cóż, przynajmniej są konsekwentni. Sam Dalajlama, objeżdżając świat, musi się chyba trzymać innych obyczajów…
Cybikow opisuje świat bardzo malowniczy, zaskakujący, czego przed laty nie umiałem docenić. A że wielkim literatem to on nie jest, więc bywa nieraz trochę nudny. W każdym razie żadnych cudów osobiście nie widział, żadnych nadzwyczajności, żadnych ezoteryczności. Zresztą był etnografem spod znaku Frazera, a to już chyba coś mówi. Już bodaj Braun dopuszcza coś więcej. Tak czy owak sprawa Tybetu jest bardziej wieloznaczna niż nam się poczciwie wydaje.

Wydanie: 27/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy