Bez histerii. To tylko kryzys

Bez histerii. To tylko kryzys

Zacznę od tego, że w sprawach Unii Europejskiej, mimo krótkiego czasu, wiele się u nas od 1 maja 2004 r. zmieniło. Choćby to, że powiedzonko wymyślone przez jednego z liderów ważnych partii politycznych i z lubością przez niego powtarzane, by skutecznie doić brukselkę, przechodzi do historii. Nieszybko i nie od razu, ale nie jest już w dobrym tonie takie podejście do instytucji, której jesteśmy coraz ważniejszym członkiem. Daleko nam jeszcze do tego, by parafrazując Johna Kennedy’ego, ogłosić: „Nie pytaj, co Unia Europejska może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla Unii”. Po akcesji przez siedem lat Polacy byli nastawieni na szukanie pieniędzy, czyli tego, co Unia może nam dać! Na jak najsprawniejsze i najbardziej efektywne wykorzystywanie europejskich dotacji. Szybko nauczyliśmy się poruszać w skomplikowanych przepisach i procedurach przetargów. Najbardziej i najbardziej pozytywnie zaskoczyli Europę polscy rolnicy. Straszeni przez eurosceptyków wszelkimi możliwymi nieszczęściami i plagami, jakie spadną na nich po wejściu do Unii, gremialnie ruszyli po dopłaty i od pierwszego roku w Unii byli rekordzistami wśród wszystkich grup społecznych i zawodowych otrzymujących dotacje. A ówcześni Rejtani, którzy na pokaz darli koszule i gardła, pierwsi stanęli do kas po pieniądze z dopłat. I jeśli dziś gardłują, to krzyczą nie: precz z Unią, ale: Unio, daj więcej kasy. Nie będącej w kryzysie Grecji, Irlandii czy Portugalii, ale nam. Gdyby przed 2004 r. o rozszerzeniu Unii decydowali ludzie z takim nastawieniem, to bylibyśmy jeszcze jak Ukraina kandydatem na kandydata.
Unia jako projekt polityczny i gospodarczy jest ciągle na etapie budowy. I tak naprawdę nikt nie wie, jaki będzie jej ostateczny kształt i jakie realne miejsce zajmie za 10-20 lat w wyścigu między rodzącymi się nowymi centrami cywilizacyjnymi. Kryzysy, napięcia i potrzeba szybkiego reagowania na nieplanowane wydarzenia są niejako naturalnym elementem towarzyszącym tak ambitnym i nowatorskim strukturom. Można na te kłopoty reagować dwojako. Histerycznie ogłaszać koniec Unii i powrót do stanu dawno minionego, czyli trudno nawet powiedzieć, do czego, lub kierując się nadrzędnością idei europejskiej, rozwiązywać problemy, wprowadzać nowe i skuteczniejsze regulacje, zapobiegając tym samym tak nieodpowiedzialnym i egoistycznym zachowaniom jak te w Grecji. Paryż wart był mszy. A Unia warta jest nawet największego wysiłku i wyrzeczeń. Nie ma powodu, by ją idealizować, poza tym jednym. Nie było w historii naszego kontynentu projektu tak ambitnego, tak solidarnego i tak wspólnotowego. Trafiło się nam! Przyszedł też, i to dla Polski bardzo szybko, moment, w którym będziemy przez pół roku liderem współorganizującym prace Unii. Będziemy mogli więc pokazać, że nie tylko zgłaszamy aspiracje do bycia ważnym krajem w Unii, ale mamy również konkretne propozycje i liderów potrafiących je realizować. Główne tematy prezydencji wyznaczyły sytuacja finansowa w kilku krajach i kryzys gospodarczy. Sytuacja jest taka, że mamy kilka pożarów, które trzeba ugasić i zadbać, by się nie przeniosły na sąsiadów. A z sytuacjami pożarowymi Polacy nieźle sobie radzą. Nie bez powodu jedną z najsilniejszych organizacji społecznych jest u nas ochotnicza straż pożarna.

Wydanie: 26/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy