Sporciak i sport

Sporciak i sport

Wydawałoby się, że wszechwładne konsorcja zarządzające piłką nożną (FIFA i im podobne) przyzwyczaiły nas już do wszystkiego. Nikogo nie gorszą bajeczne zarobki kopaczy (niech im będzie, ale działacze nie mają gorzej), oscylujące między astronomią i szaleństwem. Po paru nieśmiałych protestach zaakceptowano sprzedanie organizacji mistrzostw świata szejkom Kataru, gdzie piłkarzy tylu, ile oczek bez rosołu, kibiców jeszcze mniej, tryska za to ropa (nie ta z jam cielesnych, ale naftowa), a ze względu na klimat latem grać się nie da, więc trzeba będzie zreorganizować kalendarz rozgrywek piłkarskich w kilkudziesięciu państwach na następne co najmniej dwa lata, wbrew tradycji i przyzwyczajeniom publiczności. O honorowaniu praw człowieka w Katarze wobec wagi imprezy gadać nawet nie wypada. Gdyby zaś Putin chciał na wolnej Rzeczypospolitej wymusić rezygnację z reklamowania wódki wyborowej na korzyść żołądkowej gorzkiej, dopiero zrobiłby się narodowy skweres. Zamach na niepodległość! Nagą pierś wystawimy na barykady! Kiedy jednak FIFA zakazuje władzom Rzeczypospolitej podczas miesiąca, gdy w kraju odbywają się firmowane przez nią mecze, reklamowania innego piwa niż te, które płacą jej procenty, władza – czy to PiS, czy PO – staje ruki po szwam. Siła wyższa. Ostatecznie mógłbym to zrozumieć. Tyle że nie należy pozwalać chłopakom się rozbestwiać. Ale oni w przekonaniu o swojej bezkarności nie wahają się przeskakiwać progów kolejnych…
W końcu lat 60. XX w. w Liceum Ogólnokształcącym nr VI im. Tadeusza Reytana w Warszawie paliło się przede wszystkim papierosy marki Sport, zwane pieszczotliwie sporciakami. Więcej zawierały siana niż tytoniu, ale nie byliśmy wybredni. Trzy były podstawowe szkolne palarnie: szatnia, toalety i placyk za kioskiem Ruchu pana Edzia na wprost głównego wejścia do świątyni średniej edukacji. Najbezpieczniejsze były wypełnione gęstym dymem toalety. Kiedy bowiem nauczyciel, a tym bardziej nauczycielka chcieli tam wtargnąć, natychmiast od pisuarów odwracało się paru niewinnie zaskoczonych młodzianów z pytaniem: „A o co chodzi?”. I chociaż nie były to jeszcze lata szczególnego uczulenia na temat molestowania seksualnego małoletnich, widok ich nagiego ciała płoszył skutecznie przedstawicieli ciała pedagogicznego. Osobiście wolałem zakioskowie. Wynikało to przede wszystkim ze względów ekonomicznych. Pełen zrozumienia dla naszych potrzeb pan Edzio sprzedawał bowiem papierosy na sztuki. Paczka sportów – 3,50 zł, dzielone przez 20 sztuk – jeden szlug 17,5 gr, w zaokrągleniu groszy 20. Nie po to mieliśmy jednak znakomitą profesor matematyki, panią Kiersnowską, żeby nie dokonać tej najprostszej kalkulacji: w pobliskim sklepiku można było kupić zupę szczawiową w butelce za 80 gr. Cena butelki w skupie – 1 zł. 100 – 80 = 20. Wystarczyło wylać szczaw w krzaki i miało się sporciaka za frajer. Potem jednak, na szczęście już po mojej maturze, zaczęły się ukazywać w prasie artykuły, że sport to zdrowie, niegodne jest więc, żeby papierosy sportem się reklamowały. Tak oto sporty zmieniły się w popularne, co skądinąd nie zmieniło ani ich jakości, ani statystyk spożycia. Z perspektywy lat, pomimo żalu za przekreśloną tradycją, myślę, że tamci (nie ma to nic wspólnego z obecnymi oszalałymi doktrynerami antynikotynizmu) naiwni higieniści mieli rację. Sport, skoro nie ma w nim już cienia bezinteresowności, uczciwości czy odrzucenia nacjonalizmów, niechaj na poziomie masowym kojarzy się chociaż ze zdrowiem…
Próżne złudzenia. Oto Królestwo Maroka zrezygnowało z organizowania mistrzostw Afryki w piłce nożnej w uzasadnionej chęci obrony swoich obywateli przed wirusem ebola siejącym spustoszenie w wielu państwach kontynentu. W Paryżu czy Londynie każdy pasażer przybywający z państw zagrożonych wirusem poddawany jest badaniom, żeby uniknąć zarażenia autochtonów. Piłka nożna jest w Afryce równie, a pewnie jeszcze bardziej popularna niż w Europie. Mistrzostwa w Maroku oznaczałyby więc przyjazd tysięcy kibiców, których medyczne skontrolowanie na granicach jest może na miarę dwóch-trzech państw na świecie. Nawet w Polsce nie byłoby efektywnie możliwe. Jaka jest reakcja międzynarodowych władz piłkarskich, którym nagle coś wyciekło z kasy? Kary dla Maroka, wykluczenie tamtejszych futbolistów ze wszystkich rozgrywek na najbliższe cztery lata, mandaty finansowe. Za to, że stwierdzili nawet nie tyle, że sport to ma być zdrowie, a tylko, że impreza sportowa jest mniej ważna niż prawdopodobna epidemia. Jeżeli panowie z międzynarodowych władz piłkarskich chcieli pokazać swoje prawdziwe oblicze, właśnie to się stało. Siądę sobie w kącie i zapalę sporciaka za zdrowie króla Maroka, któremu odwagi zazdroszczę. Lepszy mój sporciak niż ich „sport”.

Wydanie: 48/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy