Kogo cieszy Sierakowski?

Kogo cieszy Sierakowski?

Po owocach ich poznamy. Rozstanie SLD z Partią Demokratyczną ma wielu zwolenników wśród tych, którzy chcą zdecydowanego zwrotu w lewo. To głównie polityczna młodzież, która zawsze jest bardziej radykalna od starszych pokoleń. Byłoby pięknie, choć naiwnie, gdyby faktycznym napędem tej lewicowości była wiara w ideologię i czysty, młodzieńczy idealizm. A nie przyziemna walka o własne interesy i parcie na karierę. Rozwód z Demokratami ma też zwolenników wśród terenowego aparatu. Tak jakby za klęskę SLD w ostatnich wyborach odpowiadał ktoś inny niż oni sami. Wyniki tych wyborów określiły faktyczną wagę lewicowych polityków. Większość zmieściła się między wagą muszą a kogucią. Żaden polityczny rozwód i żadne nowe polityczne małżeństwo nie dodadzą im wiedzy, umiejętności czy pracowitości. Nie zrobią z ludzi bardzo przeciętnych wyborczych gwiazd ani środowiskowych idoli. Z takim potencjałem nie da się skutecznie walczyć o władzę.
Największy kłopot formacji lewicowej sprowadza się do tego, że jest kilka milionów ludzi szukających dla siebie centrolewicowej oferty i wiarygodnych polityków, którzy by ją mogli i umieli zrealizować. A co dostają? Warto spojrzeć na drogę zawodową polityków angielskich czy hiszpańskich. To droga wielu etapów. Wypełniona od młodości służbą publiczną. Od lokalnych samorządów przez kolejne szczeble. Tam nie dostaje się funkcji w ekspresowym tempie. Tak jak skomplikowaną operację serca musi przeprowadzić doświadczony chirurg, tak w życiu społecznym losu ludzi nie powierza się stażystom. Tam zespoły medyczne składają się z wielu lekarzy, także młodych. Ale operuje najlepszy.
To jest uniwersalna reguła. Obowiązuje więc i w Polsce.
Skończyły się czasy polityków amatorów. Decydując się na ten zawód, trzeba przejść drogę przez mękę. Wygrać kilka razy wybory i umieć się podnieść po porażce. Taka droga uczy pokory i szacunku do wyborców. Także szacunku do przeciwników politycznych. A co jest teraz po lewej stronie? Spadochroniarze w roli zbawicieli. Paranoja. W szamanów przestano wierzyć w najdzikszych rejonach świata. Lewica ma więcej mądrych i kompetentnych działaczy niż wszystkie pozostałe partie razem wzięte. Dlaczego więc jest w takiej rozsypce? I gdzie oni są? Czy jesteśmy skazani na oglądanie korowodu ambicjonerów, wyróżniających się epitetami pod adresem własnej formacji? Unikam w tych komentarzach oceniania ludzi, których łączy bardzo szeroko rozumiana lewicowość. Ale cierpliwość w ocenach też ma granice. Ostatnio z Antarktydy wrócił zmrożony Aleksander Kwaśniewski i zaczął namaszczać na nowego przywódcę lewicy Sławomira Sierakowskiego. W ostatnich miesiącach największą zasługą Kwaśniewskiego dla lewicy było docenienie roli Dorna i Saby w życiu PiS. Dorn poszedł w odstawkę, a podobny los czeka kolejnych nominatów ulubionego prezydenta Polaków.
Mam od pewnego czasu nieodparte wrażenie, że polska lewica miałaby dużo mniej problemów ze sobą, gdyby nie aktywność publicystyczna jej byłych, ważnych liderów.
Jaka ma być nowa, polska lewica, najlepiej wiedzą springerowski „Dziennik” i Sławomir Sierakowski. Nikt, nawet „Trybuna”, nie napisał ostatnio tyle o lewicy, co „Dziennik”. I nikt nie użył tylu epitetów pod adresem różnych polityków lewicy, co Sławomir Sierakowski. Polityczne trupy i dinozaury autorstwa Sierakowskiego fruwają u Springera ku uciesze. No właśnie. Ku czyjej uciesze?

Wydanie: 15/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy