Amerykańskie ukąszenie heglowskie

Amerykańskie ukąszenie heglowskie

Bezczeszczenie przez żołnierzy amerykańskich zwłok zabitych Afgańczyków wywołało w świecie islamskim bolesne oburzenie i bezsilną wściekłość. Forma tej profanacji, podobnie jak rodzaj tortur stosowany przez Amerykanów w Iraku noszą na sobie wyraźne piętno amerykańskiej masowej kontrkultury, epatującej obscenicznością i seksualizmem. Żołnierze amerykańscy z drugiej wojny światowej i obecni zdają się pochodzić z dwu odmiennych krajów, dwu różnych narodów. Gdy byłem w Ameryce trzydzieści lat temu, od WASP-ów, białych protestantów, można było usłyszeć narzekania na zepsucie obyczajów i pogarszanie się jakości życia. Nie potrafiłem do tego się ustosunkować, rzecz jasna. Mówili w spokojnym tonie i z wyrozumiałością. „Kochamy Amerykę, jaka jest”. Dziś niemal wszyscy, którzy stamtąd przyjeżdżają, mówią o psuciu się Ameryki w słowach, w których wyczuwa się głęboki niepokój. Do czego zmierza Ameryka?

Również w swoich działaniach za granicą nie wydaje się zrozumiała. Czemu służą jej mnożące się interwencje zbrojne w różnych częściach świata? Posłali wojsko do Afganistanu podobno po to, by się zemścić za 11 Września, ale nie ukrywają, że plany inwazji były gotowe już za prezydentury Clintona. Proklamowanym celem wojny z Irakiem było zaprowadzenie tam demokracji, która stamtąd miała promieniować i rozszerzać się na cały arabski Bliski Wschód. Prezydenta Saddama Husajna kazali powiesić, ofiar śmiertelnych nie udało się do tej pory policzyć, jedni mówią, że 200 tysięcy zabitych Irakijczyków, drudzy, że 800 tysięcy. Większość zginęła w walkach bratobójczych, które Amerykanie rozpętali.
W wojnie z Libią odgrywali główną rolę; Francuzi i Anglicy tylko pomocniczą i fasadową. Szefa państwa i tam kazali zabić. Pani Clinton nie bawiła się nawet w szukanie eufemizmów; powiedziała: zabić lub schwytać, i każdy rozumiał, że schwytany Kaddafi byłby tylko kłopotem. Cały świat mógł przyglądać się, jak prezydent Barack Obama w gronie współpracowników, wśród których nie zabrakło pani Clinton, przyglądał się zabijaniu Osamy bin Ladena. Co by ten świat powiedział, gdyby prezydent Putin chciał się przyglądać polowaniu na jakiegoś czeczeńskiego bojownika? Wojna nie tylko w prostych żołnierzach wyzwala barbarzyńskie instynkty.

Powtarzane do znudzenia słowa Francisa Fukuyamy o „końcu historii” odnoszą się w rzeczywistości nie do jakiegoś końca, lecz do początku epoki panowania na całym świecie amerykańskiego wzoru ustrojowego. Stany Zjednoczone nie mają czasu czekać biernie, aż ten wzór mocą swojej słuszności sam się zrealizuje. Zamierzają pomóc zbrojnie idei i w tym celu utrzymują armię silniejszą niż wojska wszystkich innych krajów świata razem wziętych. Nie jest rzeczą bez znaczenia, że ideologiczna i militarna ekspansja rzekomo słabnącej Ameryki jest opisywana w kategoriach filozofii Hegla, z której pojęcie „końca historii” zostało wzięte. „Ukąszenie heglowskie”, którego doznał Francis Fukuyama, w Polsce jest dobrze znane. Samo wyrażenie pochodzi od Czesława Miłosza, zainspirowanego heglizmem przez Tadeusza Krońskiego, o czym wszyscy wiedzą. Heglizm Fukuyamy został złagodzony „przez studio Disneya”, jak zauważył Emmanuel Todd w swojej kontrowersyjnej książce „Schyłek imperium. Rozważania o rozkładzie systemu amerykańskiego”. Wschodnioeuropejskie ukąszenie heglowskie miało znacznie więcej treści i bardziej przypominało w smaku wódkę wysokoprocentową niż coca-colę.

Rewolucje, wojny obalają istniejący porządek, ludzie giną masowo, żywi są przepędzani z miejsca na miejsce, z kraju do kraju, miasta się palą i zanim wystygną, figury z marginesów obejmują najwyższe urzędy, a temu wszystkiemu przyświeca idea wolności, sprawiedliwości, może być demokracja. Co w tej sytuacji robi myślący człowiek? Rozpacza? Załamuje ręce? Złorzeczy, sam nie wiedząc komu? Z pocieszeniem przychodzi Hegel i tłumaczy: „Dzieje powszechne nie są krainą szczęścia. Okresy szczęścia w dziejach to puste karty historii…”. Dzięki niemu co wydawało się orgią sadyzmu, zyskuje cechę konieczności, a co konieczne, to rozumne. Oczywiście takie rozumowanie nie pogodzi jednostki całkowicie ani z końcem, ani z początkiem Historii. Zachowa ona zastrzeżenie sumienia, reservatio mentalis, jak mówili scholastycy, i dopiero gdy najgorsze przeminie, wybuchnie ona skumulowanym oburzeniem.

„Stany Zjednoczone – pisze wspomniany Emmanuel Todd – stają się powoli dla świata problemem, mimo że przywykliśmy widzieć w nich raczej rozwiązanie problemów. Przez pół wieku były one gwarantem wolności politycznej i ekonomicznej, obecnie zaś jawią się coraz bardziej jako czynnik międzynarodowego nieładu, wprowadzając, gdzie się tylko da, niepewność i konflikty. (…) Wygląda to tak, jakby Stany Zjednoczone, z jakichś nieznanych przyczyn, dążyły do utrzymania na pewnym poziomie napięć międzynarodowych oraz stanu ograniczonej, lecz endemicznej wojny”. Rosja i Chiny, „których priorytetem jest rozwój gospodarczy, mają tylko jeden cel strategiczny: nie dać się sprowokować Ameryce”. Iran, który odchodzi od tej mądrej polityki siedzenia cicho i sam prowokuje, może gorzko pożałować tej nierozwagi. Todd stawia pytanie, czy Ameryka, „samotne supermocarstwo”, prowadzi destabilizującą świat politykę dlatego, że jest wszechmocna, czy dlatego, że wprost przeciwnie, czuje, że postwojenny świat wymyka się spod jej władzy. W odpowiedzi różnię się od autora: gdzie on widzi znamiona schyłku USA, ja domyślam się wzrostu amerykańskiej potęgi.

Wydanie: 4/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy