Sezon ogórkowy?

Sezon ogórkowy?

W Polsce niby bez zmian. Koalicja gnije i gnić będzie jeszcze długo, niewykluczone, że do samego końca kadencji. Wszystko zależy od Jarosława Kaczyńskiego. Mamy zatem zjawisko politycznie ciekawe, opozycję wewnątrz koalicji, poza koalicją oraz opozycję pozaparlamentarną, w której pierwsze skrzypce gra nie żadna partia, ale środowiska inteligenckie, coraz bardziej się aktywizujące i organizujące.
Przestraszeni Lepper i Giertych zrobią zdaje się wszystko, zniosą też wszystkie upokorzenia, jakich nie szczędzi im Jarosław Kaczyński, byle tylko formalnie koalicja trwała. Gdyby z niej wyszli, nie tylko ich los w przyszłym Sejmie byłby bardzo niepewny, ale też ich działacze straciliby posady rządowe, synekury w rozmaitych agencjach, radach nadzorczych itd. Tego aparat ani Samoobrony, ani LPR by nie zniósł i przegonił swych niekwestionowanych dotąd wodzów. Tak więc mimo wydawanych pomruków niezadowolenia, mimo udawania niezależności, puszenia się Lepper i Giertych są zakładnikami swoich aparatów partyjnych z jednej strony, a Jarosława Kaczyńskiego z drugiej. Dlatego ta nieszczera, nielojalna koalicja będzie trwać tak długo, jak długo jej zechce Jarosław Kaczyński. Będzie trwać i gnić, deklarując równocześnie, że naprawia państwo i odradza moralnie społeczeństwo. Niech trwa i niech gnije dalej.
Tu po raz pierwszy bierność i niemrawość Platformy może się okazać cnotą.
W wielkiej polityce jest chwila spokoju. Posłowie mają wakacje. Sejm się nie zbiera, trwają tylko zakulisowe gry i knowania, których efekty, zdaje się, zobaczymy pod koniec sierpnia, kiedy „wybrańcy narodu” znów zapełnią gmach na Wiejskiej.
Tymczasem wydarzyło się kilka rzeczy ważnych, o daleko idących skutkach, z czego na razie ani rządzący, ani opinia publiczna nie zdają sobie chyba sprawy.
Sąd amerykański, który trudno chyba (choć dla paranoika wszystko jest możliwe) zaliczyć do „układu” broniącego Rywinlandu, do „frontu obrońców przestępców”, do spisku PRL-owskich służb specjalnych powiązanych ze światem przestępczym i otoczeniem Aleksandra Kwaśniewskiego, zrobił rzecz niesłychaną: odmówił wydania Edwarda Mazura!
Mało tego. Skrytykował, wręcz ośmieszył dowody, które polska prokuratura podała w uzasadnieniu wniosku. Zrobił to amerykański wymiar sprawiedliwości, który minister Ziobro wielokrotnie stawiał za wzór. Okazało się, że to, co dla ministra Ziobry jest „twardym dowodem”, „dowodem nie do podważenia” – pomówienia pozbawionego wolności kryminalisty – dla amerykańskiego sądu jest bezwartościowe.
Tak wypadła konfrontacja Ziobrowej teorii dowodu twardego i porażającego, tak popularnego we wszystkich niemal śledztwach o zabarwieniu politycznym prowadzonych w IV RP, z cywilizowaną praktyką sądową.
Dla sądu amerykańskiego (i każdego innego w cywilizowanym państwie) pomówienia dokonane przez człowieka pozbawionego wolności, niepoparte innymi dowodami są bez znaczenia. Przebywający za kratami jest gotów, nawet nie za cenę wolności, ale za samą obietnicę poprawy swego losu (za dodatkowe widzenie, za lepszą celę, za przepustkę) powiedzieć wszystko, czego od niego oczekują lub nawet wydaje mu się, że oczekują. Czasem chce po prostu, głosząc jakąś sensację, zaistnieć, zaimponować współwięźniom, wożony na przesłuchania i traktowany jako ważny świadek ma rozrywkę odrywającą go od więziennej monotonii.
To wie każdy, kto ma elementarną wiedzę o psychologii więziennej i o dowodach sądowych.
Tak więc to, co dla Ziobry i jego serwilistycznych podwładnych jest „dowodem twardym”, dla doświadczonego amerykańskiego sędziego Keyesa jest tylko nic niewartym „pomówieniem łajdaka”. Trudno powiedzieć, na ile ta amerykańska lekcja będzie pouczająca dla polskiego wymiaru sprawiedliwości, tak chętnie słuchającego, co mają do powiedzenia świadkowie koronni, „mali świadkowie koronni” i ci, co chcieliby świadkami koronnymi zostać.
Tymczasem w mediach zupełnie niezauważona została tocząca się przed Trybunałem Konstytucyjnym sprawa o uznanie, że orzekanie przez asesorów jest niezgodne z konstytucją. Trzeba pamiętać, że blisko 25% wyroków zapadających w sądach rejonowych, tyleż postanowień o tymczasowym aresztowaniu wydawanych jest nie przez sędziów, ale przez asesorów właśnie. Asesor nie jest sędzią, nie jest niezawisły, jest powoływany przez Ministra Sprawiedliwości i może przez niego być odwołany. Nie jest nawet samodzielny, ma bowiem wyznaczonego sędziego konsultanta. Tymczasem konstytucja gwarantuje każdemu prawo do sądu, który ma być niezawisły, a tę niezawisłość gwarantuje m.in. to, że sądy i sędziowie są niezależni od innych władz (w szczególności od władzy wykonawczej, której częścią jest Minister Sprawiedliwości), że są oni powoływani na czas nieoznaczony przez prezydenta na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, że mają wiedzę fachową i doświadczenie życiowe oraz immunitet chroniący ich przed naciskami płynącymi z zewnątrz.
Już na pierwszy rzut oka widać, że orzekanie przez asesorów nie jest zgodne z konstytucją. Gdyby TK to potwierdził, konsekwencje tego byłyby wręcz niewyobrażalne. Samo odsunięcie asesorów od orzekania spowodowałoby paraliż sądów rejonowych. Ale byłyby też dalsze konsekwencje. A co z wyrokami już wydanymi przez asesorów? Z tymi, które się już uprawomocniły? Czy byłyby one ważne, czy trzeba by wznawiać postępowania? Czy należałoby to robić z urzędu, czy tylko na wniosek osoby skazanej? Ile to setek tysięcy spraw należałoby wznowić? A co z aresztami orzeczonymi przez asesorów? Czy aresztowanych należałoby natychmiast zwolnić? A tym, którzy areszt na mocy orzeczenia asesora odbyli, czy należałoby się odszkodowanie? Ile takich spraw odszkodowawczych należałoby przeprowadzić, ile miliardów złotych odszkodowań wypłacić?
Od kształtu orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego zależą losy wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Może to orzeczenie wymiar sprawiedliwości uzdrowić (odsuwając od niego asesorów), ale przy okazji może zupełnie go rozbić i na lata pogrążyć w niewyobrażalnym chaosie.
W październiku 2006 r. Trybunał wydał postanowienie sygnalizujące Sejmowi „konieczność rozważenia podjęcia inicjatywy ustawodawczej w przedmiocie unormowania systemu powoływania osób sprawujących władzę sądowniczą, tak aby zapewnić pełną realizację konstytucyjnych standardów prawa do sądu”.
Na rozprawę w Trybunale w dniu 20 lipca 2007 r. przedstawiciel Sejmu nie był uprzejmy się pofatygować, marszałek Sejmu zaś przysłał pismo, wnosząc o odroczenie sprawy, gdyż zaawansowane są prace legislacyjne, które zlikwidują asesorów i tym samym problem z ich orzekaniem. W międzyczasie bowiem także rzecznik praw obywatelskich i sam prokurator generalny uznali, że rzeczywiście orzekanie przez asesorów jest niezgodne z konstytucją.
Te wspomniane przez marszałka Sejmu prace to rozpatrywanie dwóch projektów zgłoszonych przez prezydenta. Projektów nie najlepszych niestety, ale jedynych.
Pierwszy z nich to projekt zmiany konstytucji, pozwalający na powoływanie sędziów nie tylko jak dotąd, na czas nieoznaczony, ale także na czas oznaczony. Drugi projekt to projekt nowelizacji ustawy prawo o ustroju sądów powszechnych, który konsekwentnie, zgodnie ze zmienioną konstytucją pozwoli na mianowanie sędziów na próbę (na dwa-cztery lata). Równocześnie projekt obniża minimalny wiek sędziego do 26 lat (dziś jest to 29 lat). Co by się zmieniło? Mianowany przez ministra sprawiedliwości asesor byłby zastąpiony przez mianowanego przez prezydenta „sędziego na próbę”. To krok w dobrym kierunku. Eliminuje udział władzy wykonawczej i jej wpływ na wymiar sprawiedliwości. Ale równocześnie obniża się konstytucyjny standard niezawisłości sędziowskiej, przyjmując, że sędzia nie musi być mianowany na czas nieoznaczony, poza tym uznaje się, że do oceny dowodów wystarczy doświadczenie życiowe osoby 26-letniej (dotąd co najmniej 29-letniej), poza tym sędzia na próbę, rówieśnik asesora, o identycznym przygotowaniu fachowym i życiowym pozbawiony będzie sędziego konsultanta. Per saldo: obniży się konstytucyjny standard niezawisłości i poziom orzecznictwa. To wszystko stanie się, jeśli przed 24 października 2007 r. parlament zmieni konstytucję i prawo o ustroju sądów. Do tego czasu Trybunał odroczył rozpoznanie sprawy. A jeśli nie zdąży? Czeka nas wspomniany paraliż wymiaru sprawiedliwości i wspomniane nieobliczalne konsekwencje. Co byłoby wprawdzie sprawiedliwym podsumowaniem kadencji aktualnego ministra sprawiedliwości, ale przecież gigantyczną szkodą dla kraju i społeczeństwa.
Nikt jednak nie zdaje się tym przejmować. Zdumiewający jest brak dyskusji nawet w środowiskach prawniczych. Brak dyskusji w mediach. A sprawa dla wymiaru sprawiedliwości w Polsce i milionów Polaków naprawdę jest ważna. Ale są wakacje.
Jest gorąco.

Wydanie: 31/2007

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy