Inka

Inka

Piszę ten felieton z dużym poślizgiem. Od uroczystego pochowania prochów „Zagończyka” (Feliksa Selmanowicza) i „Inki” (Danuty Siedzikówny, choć Dariusz Fikus pisał swego czasu: „Święcichównej”) minęło już trochę czasu. Miałem nadzieję, że dziennikarze wspomną przy okazji o paru istotnych sprawach związanych przede wszystkim z postacią „Inki”. Niestety, niefortunne przemówienie prezydenta Dudy i zajścia pod katedrą przyćmiły nie tylko samą celebrację, ale i pamięć o grzebanych. Cóż, lepiej późno niż wcale.

„Zagończyk”, gdyby nie tragiczna śmierć razem z „Inką”, nie byłby zapewne nawet w oczach wielbicieli „żołnierzy wyklętych” kimś, komu należałyby się szczególnie patetyczne egzekwie. U „Łupaszki” zajmował się przede wszystkim werbunkiem. Zakochany w „Reginie” – Reginie Żylińskiej – nie chciał słuchać osób ostrzegających go przed nią, szczególnie po jej wielce podejrzanym zwolnieniu z więzienia WUBP. Wręcz przeciwnie, wszystkich wyrażających złą opinię o „Reginie” okrzykiwał konfidentami (np. Wacława Beynara „Orszaka”). Zapłacił za to aresztowaniem, jak też wpadką większości swoich podwładnych, a w niektórych przypadkach ich życiem, co mocno przetrzebiło szeregi podziemia antykomunistycznego. Zostawmy jednak „Zagończyka” w wiecznym pokoju.

W drugiej połowie 1946 r. rozumiał już „Łupaszka” doskonale (a i przedtem musiał mieć wątpliwości), że na pewno:
• III wojna światowa nie wybuchnie,
• Wilno jest dla Polski ostatecznie stracone,
• Walki z siłami zbrojnymi nowych rządów Rzeczypospolitej nie wygra.

Ergo jego działania były już tylko samobójczą demonstracją – narażającą jego samego i podkomendnych na śmierć lub długoletnie więzienie.

Dał temu dowód w początkach 1947 r., odchodząc „z lasu”, mimo że pozostał w nim i działał jeszcze przez trzy lata oddział „Huzara” (Kazimierza Kamieńskiego). Następne miesiące upłynęły „Łupaszce” na ukrywaniu się ze względnym powodzeniem, bo aż do ostatnich dni czerwca 1948 r. Mniejsza jednak i o to.

Danuta Siedzikówna „Inka” urodziła się 3 września 1928 r. w gminie Narewka na pobrzeżu Puszczy Białowieskiej. W czasie kampanii wrześniowej miała lat 11, w dniach, w których pod uderzeniami niemieckimi władze radzieckie uciekały z jej stron rodzinnych, niecałe 13, w momencie powrotu Armii Czerwonej 26 lipca 1944 r. – nieskończone 16. Rozstrzelana została (co jest zbrodnią nawet w formalnoprawnym znaczeniu, gdyż nie była jeszcze pełnoletnia) 28 sierpnia 1946 r. Całe mniej więcej świadome życie zamknięte w jednym roku z haczykiem – od 1 lipca 1945 r., kiedy to, zwerbowana dwa tygodnie wcześniej, przydzielona została teoretycznie w charakterze sanitariuszki do 5. Brygady Wileńskiej, do strzału w tył głowy 28 sierpnia 1946 r. Ale inaczej de facto być nie mogło. Powstaje zatem brzemienne pytanie: kto ponosi odpowiedzialność za werbunek i rzucenie na niemal pewne unicestwienie dziewczyny niemającej w chwili skierowania do akcji jeszcze 17 lat? Napisałem „teoretycznej sanitariuszki”. Miał oczywiście rację Dariusz Fikus, gdy pisał o niebywałych kłamstwach, jakie UB rozsiewało o „Ince”. Jednak w „leśnych” warunkach nie sposób było pozostać nieskalaną sanitariuszką w białym fartuchu. „Inka”, co udokumentowali nawet apologeci podziemia antykomunistycznego Kazimierz Krajewski i Tomasz Łabuszewski, brała udział w atakach partyzanckich. Czy sama strzelała, to już zupełnie inna sprawa. Musiała jednak patrzeć na Polaków zabijających rodaków (w tym bezpartyjnego Mikołaja Lewszę, gajowego z Narewki, którego najprawdopodobniej znała osobiście, gdyż jej ojciec był tam leśniczym), skazujących ich na pobicie, palących oporne wsie… Nie ma tu żadnego porównania z sanitariuszkami np. powstania warszawskiego, które walczyły z Niemcami, działały w ramach określonych struktur wojskowych uznawanych przez sojusznicze armie i nawet w ostatnich chwilach miały też przed sobą, pod warunkiem przeżycia, perspektywę wyzwolenia (III Rzesza była już na kolanach) po krótkich siłą rzeczy pobytach w obozach jenieckich lub przejściowych, a i to niekoniecznie. O tym wszystkim mogła „Inka” tylko pomarzyć. Nikt jej nie odmówi osobistego bohaterstwa i, bez względu na historyczną ocenę zaangażowania, prawa, gdy mimo tortur nikogo ze swoich nie wydała, do naiwnych słów pomieszczonych na jej pomniku: „Zachowałam się jak trzeba”.

Może mniej dotyczy to jednak tych, którzy zaprzysięgając niespełna 17-letnie dziecko, skazywali je na zmarnowane życie i rzucali w samobójcze piekło? Tego zastanowienia zabrakło mi najbardziej w czasie podniosłych uroczystości na Wybrzeżu.

Wydanie: 38/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy