Dzieci mamy mądre, ale…

Kuchnia polska

Mamy ostatnio mnóstwo rozrywek, nie dziwota więc, że nie starcza nam czasu na sprawy poważne. Te ostatnie trafiają do nas zazwyczaj pod postacią jakiegoś jednorazowego doniesienia prasowego, efektownej, ale niepoważnej w istocie sensacji, po czym spokojnie wracamy do naszej dziury i belki, do przepychanek politycznych, skoków Małysza albo do tego, co jakaś gwiazdka piosenkarska powiedziała w „Gali”, „Vivie!” czy „Życiu na gorąco” o seksie, rosole z kury lub Kirkegaardzie, wszystko jedno.
Taką więc przelotną, ekscytującą sensacyjką stały się też wyniki Międzynarodowego Programu Oceny Umiejętności Uczniów (PISA), w którym udział wzięli uczniowie z 32 krajów i w wyniku którego okazało się, że polscy 15-latkowie ze szkół zawodowych i liceów znaleźli się na zaszczytnym trzecim miejscu od końca. Nasza uczniowska reprezentacja zdobyła 479 punktów przy średniej międzynarodowej 499, część zaś nie osiągnęła nawet minimum, to znaczy 335 punktów, poniżej których zaczyna się już chyba kretynizm.
Komentatorzy tej ciekawostki, którą podała „Gazeta Wyborcza”, twierdzą, że stało się tak dlatego, ponieważ mamy złe szkoły, zwłaszcza zawodowe, a system oświaty nie da się oszukać i muszą się na nim odbijać oszczędności budżetowe. Jest to z pewnością wyjaśnienie słuszne, ale zaledwie cząstkowe. Naprawdę bowiem w naszym kompromitującym wyniku odbija się nie tylko szkoła i polityka oświatowa, ale i polityka kulturalna, a patrząc jeszcze szerzej, po prostu polityka państwa. Proszę mi przypomnieć choćby jeden okres z ostatniego ćwierćwiecza, kiedy władza państwowa miała odwagę powiedzieć, że owszem, mamy rozmaite potrzeby, ale wszystkie muszą poczekać, ponieważ sprawą najważniejszą i decydującą o przyszłości jest poziom umysłowy i kulturalny naszego społeczeństwa. Takiego okresu nie było i nie ma go nadal, a byle samolot wielozadaniowy, potrzebny nam do NATO, jest ważniejszy niż cała kultura i oświata razem wzięte.
Sprawdzian, któremu poddani zostali nasi uczniowie, polegał na tym, że mieli oni przeczytać jakiś tekst pisany, zrozumieć go, a następnie na tej podstawie podjąć jakąś decyzję. Otóż, jak się rzekło, co czwarty uczeń po prostu nie rozumiał tego, co czyta, chociaż napisane to było po polsku.
Ale skąd, przepraszam, miał rozumieć, skoro sama czynność czytania jest w naszym kraju zanikająca? Nudne składanie liter i wyrazów, które układają się w zdania zawierające jakąś treść, wyparte zostało przez kulturę audiowizualną, w czym wielu mędrków upatruje kolosalny postęp cywilizacyjny. W świecie audiowizualnym żyje się łatwiej i lepiej niż w przestarzałej kulturze druku. Różnica jednak polega na tym, że podczas gdy składanie wyrazów wymaga pewnego natężenia uwagi, aby zrozumieć, o co w nich chodzi, a więc wyrabia nawyk koncentracji i myślenia, miganie obrazków w telewizorze niczego takiego nie wymaga. Będą one migać niezależnie od tego, czy ktoś na nie patrzy, czy nie, jak dzieje się to zresztą w wielu polskich domach na okrągło, a sens albo przyleci sam, albo nie, co nie wymaga od nas żadnego wysiłku.
Sprzyja temu dodatkowo obecna ewolucja przekazów audiowizualnych, w których dominującą formą staje się tele-klip, a więc szybki rytmiczny montaż wszystkiego ze wszystkim. Tak robi się obecnie nie tylko klipy piosenkarskie, ale i coraz więcej filmów czy widowisk, w których liczą się tempo i zadyszana emocja, nie zaś treść poszczególnych zdań czy sens poszczególnych stwierdzeń. Widz takich popisów nie musi myśleć ani rozumieć, wystarczy, aby czuł, tak jak nie musi rozumieć słów piosenkarzy i wystarczy, aby chwytał rytm.
Komentatorzy naszego szkolnego blamażu zauważają też, że lepiej rozumieli postawione im zadania ci uczniowie, których rodzice czasami czytają książki. A więc nie wystarczy narzekać na poziom zawodówek czy liceów, ale warto przypomnieć sobie to, o czym pisało się już setki razy, a więc że ponad połowa dorosłych Polaków przez cały rok nie miała książki w ręku. Ale co to kogo obchodzi? Wiadomości tego rodzaju są dla większości naszych rządów brzęczeniem muchy, a gdy staje się ono zbyt natrętne, wówczas mówi się z wyższością, że książka i tak się przeżyła, ponieważ mamy Internet, a w nim można znaleźć także książki.
Owszem, można, jeśli się szuka. Ale dlaczego właściwie miałby szukać książki w Internecie ktoś, kto omija ją w księgarni? Są podobno ludzie, którzy szukają w Internecie uzupełnianych na bieżąco zwierzeń Krystyny Jandy, których aktorka – jak twierdzi – wstydzi się, lecz pisze je przymuszana jakąś wewnętrzną mocą, ale kto by tam szukał Homera? Prof. Białecki, który organizował polską część Programu Oceny Umiejętności Uczniów, pociesza się, że „dzięki Internetowi młodzi Polacy będą bombardowani takimi samymi wiadomościami jak ich rówieśnicy z innych państw” i może pozwoli nam to wyjść z oślej ławki. Są to jednak złudzenia, w dodatku podwójne.
Owszem, Internet może dostarczyć wiadomości, faktów, danych, ale nie nauczy ich kojarzyć, to znaczy myśleć, a przecież na myśleniu i kojarzeniu potknęli się nasi potomkowie. Po drugie zaś, Internet – jak i cała rewolucja komputerowa – odlatuje właśnie od nas wraz z paroma innymi złudzeniami.
Przed wyborami wpadła mi w ręce broszurka, w której zapowiadano wielką rewolucję komputerową, mającą zapewnić nam skok w nowoczesność, to samo zapowiadano w programach wyborczych. Można o tym myśleć rozmaicie – o czym wyżej – ale był to jakiś pomysł. Po drodze jednak, jak wiadomo, wpadliśmy w dziurę i oto dowiaduję się, że wprawdzie minister Belka odstąpił od 22-procentowego VAT-u na budownictwo, to jednak zdecydował się odbić sobie te straty budżetu, obkładając VAT-em programy komputerowe, czyli software. Wiadomość ta przeszła dosyć miękko, bo przecież bliższy ludziom dach nad głową niż jakiś software, ale co to oznacza dla rewolucji komputerowej, nie trudno się domyśleć.
Autorzy piszący o Międzynarodowym Programie Oceny Umiejętności Uczniów zapewniają nas, że dzieci nie mamy głupszych niż inni – na przykład Finowie, którzy wygrali ten szkolny sprawdzian – tyle że szkoły mamy gorsze, czytelnictwo niższe, politykę edukacyjną i kulturalną gorszą, kraj zacofany i nie wiemy, co jest ważne, a co nie.
Jest to z pewnością jakaś pociecha.
KTT

 

 

Wydanie: 51/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy