Panie Redaktorze

KUCHNIA POLSKA

Przykro mi, ale wobec mnóstwa nieoczekiwanych zajęć, jakie zwaliły się na mnie w tym tygodniu, nie jestem w stanie dostarczyć Panu cotygodniowego felietonu. Mogę jedynie sprzedać Panu kilka notatek, z których miałem zamiar w stosownym czasie zrobić kilka przyzwoitych felietonów.

*
Jadąc samochodem, słucham dyskusji w Radiu Maryja na temat niebezpieczeństw, jakie może kryć w sobie pomoc żywnościowa krajów bogatych i rozmaitych organizacji międzynarodowych dla głodujących regionów świata. Otóż, zdaniem dyskutantów, może się tak zdarzyć, że dostarczana żywność okaże się żywnością spreparowaną chemicznie i genetycznie w ten sposób, aby przeszkodzić płodności głodujących, a więc, innymi słowy, może to być żywność antykoncepcyjna. Podobno coś podobnego zmajstrowano już z soją, która jest obecnie bardzo modna, ale drowa – według dyskutantów z Radia Maryja – może być tylko dla osób poza okresem płodności. W tej sprawie zaalarmowała, zresztą telefonicznie, dyskutujących w studiu słuchaczka, powołująca się na jakąś broszurę, sponsorowaną przez Unię Europejską, co, rzecz jasna, czyni tę publikację mocno podejrzaną.
Nie wierzę w antykoncepcyjną soję – gdyby to była prawda, parę znajomych pań z pewnością przeszłoby już dawno na dietę sojową. Ale staram się przeniknąć sposób rozumowania dyskutantów z Radia Maryja, pośród których byli także lekarze. A więc przypomnijmy: chodzi o żywność dla regionów, gdzie ludzie tysiącami umierają z głodu. Okazuje się jednak, że w interesie Radia Maryja leży to, aby ci umierający płodzili potomstwo. Które oczywiście też natychmiast umrze. Kto wie jednak – może jest to rzeczywiście najlepszy sposób na produkowanie duszyczek, które tylko na krótko i przelotnie przybierać będą powłokę cielesną, wymagającą żywienia? Stąd uzasadnione podejrzenie, że opanowane przez technokratów, racjonalistów, libertynów, a może nawet masonów międzynarodowe organizacje i Unia Europejska próbują pokrzyżować te plany.

*
Unia Wolności, jak słyszę, zorganizowała naradę w celu naprawiania sytuacji w kulturze, na której – sądząc z relacji w “Wiadomościach” telewizyjnych – zgromadziła tych, co zwykle. Antoni Słonimski, jak pamiętam, zawsze po kolejnych plenach partyjnych, poświęconych naprawianiu kolejnych zepsutych dziedzin życia, dziwił się, dlaczego właściwie zepsuty zegarek musi naprawiać ten, kto go popsuł, zamiast pójść do zegarmistrza? UW przez długi czas rządziła kulturą, zarówno administracyjnie, przez swoich ministrów, jak i duchowo, przez swoje lobby kulturalne. W tym czasie, według danych za rok 1999, liczba książek z literatury pięknej spadła na rynku ze 109 do 21 milionów egzemplarzy rocznie, o 10% spadła ilość wypożyczeń z bibliotek, o połowę zmniejszyła się liczba słuchaczy koncertów muzyki poważnej, o 30% zmniejszyła się liczba widzów teatralnych, o 25% liczba publiczności w muzeach. Poprawiła się natomiast znacznie słuszność ideologiczna oferty kulturalnej. W roku 1988 mieliśmy na rynku zaledwie 65 tytułów amerykańskiej literatury pięknej, ale w roku 1990 już 874, czyli wzrost o 1200%. W tym samym czasie liczba tytułów rosyjskich spadła ze 110 do 15, a więc o 700%. W rewanżu, jak słyszę, na jedną z polskich wystaw w Petersburgu, zorganizowanych w ramach niedawnych dni kultury polskiej, przyszedł jeden (słownie: jeden) widz. Widocznie na ulicy padał wtedy deszcz.

*
Jedwabne. Bardzo dużo i bardzo nieprzyjemnie pisze się w tych dniach o Jedwabnem w związku z tragiczną rocznicą. Nieprzyjemnie i drażniąco, bo żyje coraz mniej osób, które pamiętają tamte czasy, tamten klimat, a więc plotą głupstwa, takie na przykład, dlaczego właściwie Żydzi, prowadzeni do owej straszliwej stodoły przez zaledwie garstkę oprawców, nie walczyli, nie buntowali się, nie uciekali? Upatruje się w tym jakąś manipulację, jakąś nieprawdę, dowód, że coś musiało być tu inaczej, niż się mówi i konwojować skazanych musieli uzbrojeni po zęby esesmani. Walczyć – czym?, buntować się – jak?, uciekać – dokąd? Mało kto pamięta już dzisiaj i rozumie klimat opuszczenia i beznadziejności towarzyszący zagładzie. I oto dziwaczne świadectwo: książka-komiks Arta Spiegelmana “Maus – opowieść ocalałego, mój ojciec krwawi historią”. Spiegelman napisał to i narysował w Ameryce, ale jego ojciec podchodził z Sosnowca. Ten ojciec, jak przyznaje Spiegelman, może uchodzić niekiedy za antysemicki stereotyp skąpego Żyda, ale ma genialną pamięć i rozumuje tak, jak się wtedy rozumowało. Ktoś z jego znajomych, o których opowiada, ukrywa się u przyjaciół. “Za pieniądze?” – pyta syn. “Nie bądź głupi, kto by ryzykował własne życie bez pieniędzy?” – mówi ojciec. “Mausem” zachwycił się Umberto Eco. “Zostajesz pochłonięty przez język wschodnioeuropejskiej rodziny i wciągnięty w hipnotyzujący rytm narracji”. U nas oburzano się, że u Spiegelmana komiksowi Żydzi są myszami, Niemcy kotami, a Polacy świniami. Ale zdarzają się tu bardzo przyzwoite świnie i bardzo podłe myszy. Natomiast wszystkie koty są tępe i okrutne. Mordują, ale bezosobowo, właściwie ich nie ma. Czytać “Mausa” w obliczu Jedwabnego? Brzmi to jak herezja, ale czytać. (Przypominam, że nie jest to felieton, tylko notatki, w felietonie powiedziałbym to bardziej zawile).

*
Zapowiada Pan, Panie Redaktorze, że już niedługo “Przegląd” będzie kolorowy, w mniejszym formacie i mój felieton będzie musiał być o 1000 znaków krótszy. Będzie więc tak jak w tej anegdocie: rodzice chcą sprawdzić, czy ich syn był na mszy w Kościele: – O czym mówił ksiądz z ambony? – O grzechu. – No dobrze, ale co mówił? – Był przeciwny.
Spróbuję pisać w ten sposób.

KTT

Wydanie: 22/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy