Żadne ciszej nad tą trumną

Żadne ciszej nad tą trumną

Przemoc jest przepotężną siłą. Przemoc jest żywiołem. Przemoc jest prawdziwym tematem ostatnich dni i wydarzeń. Przemoc nie zawsze potrzebuje nienawiści jako osłony, alibi czy inspiracji emocjonalnej. Nienawiść jest przemocy bardzo często przydatna, stoi za jej plecami, ogrzewa swoim zimnym, wyrachowanym oddechem. Zagrzewa do boju. Daje oprawę, scenografię, efekty specjalne. Obserwując (najuważniej, jak mogę) wszystko to, co po morderstwie politycznym na Pawle Adamowiczu, prezydencie Gdańska, zaczyna wirować, wypływać, wytryskiwać w przestrzeni publicznej, w głosach, wyciu, pohukiwaniach, zamilknięciach, szeptach, modlitwach, groźbach, apelach – jestem najgłębiej przekonany, że to teraz dokonuje się najważniejszy w wymiarze politycznym spektakl, gdyż ta zbrodnia była spektaklem, była potworną sceną, prawdziwą jak krew, która popłynęła na scenie podczas Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Stąd moc tego, co się stało, a co mimo setek, może tysięcy włączonych kamer w komórkach – było niewidoczne, a sprawca odtańczył swój triumf.

Paweł Adamowicz nie żyje. Kiedy siedzę nad tym tekstem po kilku dniach nieodzywania się, niekomentowania, jest jeszcze przed uroczystościami pogrzebowymi. Gdy będzie czytany – będziemy już po tym pożegnaniu. Ale z tą śmiercią zostaniemy na lata, będziemy z nią żyć, to jedna z takich śmierci, których pamięć trwa dłużej niż żałoba, niż doroczny cykl podsumowań pierwszolistopadowych „w tym roku odeszli, pożegnaliśmy”. Dlatego zgadzam się z nielicznymi, którzy nie chcą, aby nad tą trumną było ciszej, żeby teraz królowało modlitewne zastygnięcie, bezgłośne pochylenie głów.

Śmierć Pawła Adamowicza jest cezurą w polskiej historii czasów pokoju. Tak jak było nią zamordowanie prezydenta Narutowicza w 1922 r. Nie chodzi tu też o dyskusję historyczną, na ile ta analogia jest uprawniona, na ile to „zupełnie” coś innego. W moim przekonaniu takie zabójstwo należy czytać w kontekście, a nie spychać je w odmiennościowe bezznaczenie. Tamten mord poprzedzała nawałnica prawicowej nienawiści, ten także. Tamta kampania, choć dysponowała mniejszymi środkami technicznymi, należała już do najbardziej współczesnej metodologii nagonki politycznej, tutaj mamy kratery internetu, działa „publicznych” i prawicowych mediów. Nie chodzi mi o to, na ile tamten zabójca i obecny odbierali te fale. Związek jest bezsprzeczny.

Paweł Brykczyński, amerykański historyk młodego pokolenia, napisał o politycznej historii mordu na Narutowiczu niezwykłą, bolesną, pasjonującą i przerażającą książkę „Gotowi na przemoc”. W tej rekonstrukcji najbardziej poraża to wszystko, co wydarzyło się po śmierci Narutowicza. Kiedy zakłopotanie, a może nawet przez moment zawstydzenie, choć nigdy nie wzięcie odpowiedzialności za inspirację i nienawistne nawoływanie – błyskawicznie, po tygodniu czy dwóch ulotniły się w niebyt. I zostały zamienione na obronę, wyjaśnienie, racjonalizację mordu, a w kolejnych miesiącach już bez osłonek na słowa uznania i budowanie legendy. Ale to nawet nie dziwi, niezmiernie rzadko ktoś realnie odpowiedzialny politycznie jest gotów w takim momencie tę odpowiedzialność dźwignąć, skonfrontować się z oskarżeniami, wziąć winę na siebie, wyciągnąć nauczkę. Nie po to rozpętywał piekło, żeby kajać się za jego śmiertelne żniwo.

Zostajemy więc my. My, którzy mamy zamilknąć, którzy mamy wyznać „współgrzech” niegodziwych odzywek, na których można wyciągnąć bat zabójstwa Marka Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi. A jeszcze Smoleńsk. Tej wyliczanko-przepychance może nie być końca. Dlatego stop.

Nie da się tego pęknięcia po prostu modlitewnie i milcząco zagipsować. Następne miesiące zdecydują, czy na kolejne lata damy się tą przemocą zagonić w kąt, wmówić sobie coś, w co nie wierzymy. Taka była wedle Brykczyńskiego lekcja po Narutowiczu. Ci, co „modlitewnie zamilkli”, zastygli w przerażeniu. Odebrało im głos. Tym samym przemoc wprowadziła jako obowiązujące i niedyskutowalne endeckie pojmowanie polskości, Polski dla Polaków, wykluczającą definicję polskości i patriotyzmu (patriotyzmu – przygody, w której prawica w ostatnich dekadach przed odzyskaniem niepodległości udziału nie brała w ogóle albo w skrajnie ograniczonym stopniu).

Dzisiejsze zaplecze polityczne tego, co się wydarzyło w Gdańsku, nie czeka nawet tego tygodnia, dwóch. Jarosław Kaczyński, nieformalny i rzeczywisty przywódca tego obozu, spóźnił się symbolicznie na uczczenie w Sejmie minutą ciszy zamordowanego prezydenta Gdańska. Do żadnej odpowiedzialności nie poczuwają się ministrowie spraw wewnętrznych i sprawiedliwości, o prezesie TVP nawet nie ma co mówić. Tylko kiedy wieńce, w tym złożony przez prezydenta RP, kolejnego marionetkowego współodpowiedzialnego, zostaną złożone na grobie, ruszy propagandowa kontrofensywa prawicy. Nawet się nie dziwię, to walka o ich polityczne życie, być albo nie być, zostać rozliczonym czy stanąć przed koniecznością wzięcia odpowiedzialności.

Znakiem tego, że może być z nami źle, jest rezygnacja Owsiaka. To scenariusz opisany przez Brykczyńskiego, tylko rozgrywający się w przyśpieszonym, XXI-wiecznym, cyfrowo-internetowym pędzie.

Trzeba stanąć naprzeciw. Też walczymy o życie. Walka z nienawiścią jest mozolna i trudna, Ordo Iuris – zaplecze „intelektualne” rządzących – już zaprotestowało przeciw lekcjom o nienawiści w szkołach, „krzyż mając na piersi, a brauning w kieszeni”. A z przemocą będzie jeszcze trudniej, szczególnie że instytucjonalna przemoc jest w rękach tych, którzy ponoszą polityczną odpowiedzialność za mord na Adamowiczu.

Wydanie: 4/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy