Potrzeba nienawiści

Zapiski polityczne

Jak Polska długa i szeroka szerzy się nagminnie frazes o czwartej władzy, którą są ponoć media różnego rodzaju. Już jako kilkudziesięcioletni prasowy skryba nie odczuwam z racji mego zawodu szczególnego uprzywilejowania, które można by przyrównać do pojęcia władzy. Także jako już blisko dziesięcioletni parlamentarzysta, czyli członek domniemanej najwyższej władzy w kraju (w nawiasie należy dopisać: tylko ustawodawczej), też nie doznaję jakichś szczególnych wygód i względów z tytułu tej przynależności. Na dodatek dostaję przy każdej okazji stosy listów, z reguły anonimowych, pisanych paskudną polszczyzną i pełnych wyzwisk wyrażanych w słownictwie nienadającym się do cytowania w szanującym się tygodniku, jakim jest „Przegląd”.
Ostatnio dostało mi się za poparcie uchwały Sejmu w 60. rocznicę rzezi Polaków na Wołyniu. Listy są pełne nienawiści do Ukraińców i do mnie za to, że szukam pojednania z tym narodem, bardziej może przez historię (czytaj: przez Józefa Stalina) uciemiężonym niż my, Polacy. Stwierdzam, że do pewnego rodzaju ludzi nie trafiają żadne argumenty polityczne bądź wezwania o podłożu religijnym o konieczności wybaczania, oparte na słowach „I wybacz nam nasze winy, jako i my wybaczamy naszym winowajcom”.
Doznane krzywdy należy pomścić, taka jest w istocie „religijna” zasada olbrzymiej części polskiego społeczeństwa. Rozumiem tych, którzy sami zaznali ukraińskiego terroryzmu bądź byli jego świadkami. Nie da się zapomnieć i wybaczyć oglądanej na własne oczy śmierci rodziców czy dzieci. Trudniej mi natomiast pojąć, jakie są źródła nienawiści tych, którzy wołyńskie tragedie ludobójcze znają tylko z literatury lub z relacji innych ludzi. Boję się jednak, że tego powszechnego uczucia nienawiści nie da się w ogóle wytłumaczyć racjonalnie. Rodzi się we mnie dramatyczne podejrzenie, iż w naturze ludzkiej istnieje organiczna potrzeba nienawiści, jak niewątpliwie istnieje dążenie normalnego człowieka do miłości, do zgody, do braterstwa z innymi.
Nie tylko Ukraińcy budzą w moich korespondentach taką nienawistniczą wściekłość. W podobnej sytuacji są także Żydzi. Ulubionym wyzwiskiem wobec mnie wśród korespondentów, jak zawsze anonimowych, są słowa: „Ty parszywy Żydzie, wracaj albo jedź do twego zafajdanego Izraela”. „Ty żydowski zdrajco narodu polskiego, my ciebie rozliczymy z twoich zbrodni”. Tak jest na poziomie słownictwa chuligańskiego. Na wyższym poziomie bywa całkiem podobnie, tylko z innym wstępem i z odmiennym słownictwem.
Niedawno podszedł do mnie na ulicy jakiś „gość” dobrze ubrany, grzeczny i spytał niewinnie: „A kiedy pan zamierza pojechać do Izraela?”. Ponieważ prywatnie i służbowo byłem kilka razy w Ziemi Świętej, pomyślałem, że mój przygodny rozmówca czytał jakąś moją wzmiankę o licznych podróżach w tamtą stronę, przeto bardzo układnie odparłem, że niestety nikt mnie nie zamierza tam wysłać, a sam nie mam powodu, gdyż „moi” Izraelczycy już wymarli i nie miałbym kogo odwiedzić, a ponieważ nie znam języka, niewiele bym z takiej podróży skorzystał.

Wówczas mój uprzejmy rozmówca wyjaśnił mi szarmancko: „Ja myślę o pańskim wyjeździe na stałe”. „Dlaczegóż to?”, spytałem naiwnie, jeszcze nie wietrząc, co się święci. „No bo przecież pan jest Żydem i najwyższa pora, by pan uwolnił naszą ojczyznę od swojej obecności”.
Sądzę, iż tak jak w naturze ludzkiej jako takiej istnieje potrzeba nienawiści, tak w nas, Polakach, tli się w głębi naszych serc i umysłów wręcz wrodzona potrzeba antysemityzmu.
Rozumiem powody przedwojennego antysemityzmu. Była wszak widoczna na każdym kroku olbrzymia konkurencja zarówno wśród inteligentów, jak i pomiędzy zwykłymi ludźmi w stosunkach pomiędzy społecznościami żydowską i polską, a w moich rodzinnych stronach dotyczyło to także ludności ukraińskiej. Na środowiska żydowskie patrzono z zazdrością o pieniądze, o wykształcenie, o spryt życiowy, o bardzo rozgałęzione stosunki i wpływy. Wszędzie, za każdym zakrętem historii niekorzystnym dla danej osoby czy rodziny wietrzono obecność lub spisek tych parszywych żydłaków, co zabili nam Pana Jezusa. Od wielkich arystokratów aż po miejski bądź wiejski proletariat dawało się słyszeć te same argumenty i odczuwać tę samą nienawiść, a w środowiskach szlacheckich żydowskie pochodzenie, prawdziwe bądź urojone, było wypominane przez wiele pokoleń. Mówienie o jakimś rodzie ziemiański, że bardzo to mili i mądrzy ludzie, szkoda że jednak „frankiści”, było spotykane nagminnie. Wyjaśniam nieznającym tego pojęcia, że chodzi o grupę rodzin żydowskich, która pod koniec I Rzeczypospolitej razem z chrztem katolickim otrzymała status szlachecki.
Dla każdego środowiska da się odszukać względnie racjonalną przyczynę niechęci, a często i nienawiści do Żydów. Olbrzymią rolę odegrała w tym silna tradycja katolicka. Kościół na przestrzeni kilku wieków szerzył z ambon wrogość do Żydów. Ksiądz Morawski, poważny historyk, profesor seminarium duchownego we Włocławku, zamordowany przez Niemców w roku 1940 w obozie w Działdowie, ogłosił w „Ateneum Kapłańskim”, poważnym miesięczniku kościelnym, sporą, bardzo dobrze udokumentowaną pracę mającą odpowiedzieć na zarzuty, iż Kościół nie przeciwdziała poważnemu zagrożeniu żydowskiemu. Uczony ksiądz, cytując całymi stronami antyżydowskie postanowienia synodów diecezjalnych wsparte cytatami z encyklik papieskich, udowadniał pracowicie, jak bardzo staranie przez całe wieki Kościół dbał o getta, o wszelką separację Żydów od katolików, upowszechniał „prawdziwą” wiedzę o mordowaniu chrześcijańskich dzieci, by zdobywać krew na macę. Obrazy to ukazujące wiszą do dziś w jednym z sandomierskich kościołów, chyba na wieczną hańbę kleru, bo trudno to nazwać wieczną chwałą Pana Boga. Historycy wszystko potrafią opowiedzieć i wyjaśnić, jednak tajemnica potrzeby nienawiści ciągle pozostaje nierozpoznana.

23 lipca 2003 r.

 

Wydanie: 31/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy