Po prostu Górski

Po prostu Górski

Wystarczy powiedzieć Pan Kazimierz i już wiadomo, o kogo chodzi. Nikt nie będzie miał wątpliwości. W Polsce jest tylko jeden taki człowiek – Kazimierz Górski. Dla milionów Polaków jest kimś równie bliskim jak rodzina. Jest ważną częścią naszych życiorysów. Gdy myślimy o nim, sięgamy pamięcią do lat 70.
Jesienią 1973 r. z grupą studentów podróżowałem mikrobusem-nysą po północnej Afryce. I z samochodowego odbiornika próbowaliśmy się dowiedzieć, jaki jest wynik meczu eliminacyjnego Anglia-Polska? Niewiele z tych prób wychodziło. Ale też niewielkie mieliśmy nadzieje na dobry wynik. I wreszcie udało się. Trafiliśmy na jakąś angielską stację i usłyszeliśmy zawodzący głos spikera: England-Poland, one-one. Minęło tyle lat, a ja ciągle mam przed oczami tę scenę. Chrypiące radio i łkającego do mikrofonu angielskiego dziennikarza, który nie może uwierzyć w to, co się stało.
Tak zaczęła się wielka światowa kariera Kazimierza Górskiego i jego drużyny.
Później były finały w RFN. I mecz z Argentyną oglądany w akademikach na Żwirki i Wigury. Nieopisana radość i duma z tego co Polacy pokazywali.
Któż z nas nie ma podobnych wspomnień.
80-lecie urodzin Pana Kazimierza to jeszcze jedna okazja, by podziękować Mu za wielkie wzruszenia. Za łzy radości. Za niezwyczajną skromność i życzliwość.

Jak trzeba przeżyć życie, by zasłużyć sobie na taki szacunek, jakim cieszy się Jubilat? Nie ma na to prostej odpowiedzi. Ale Kazimierz Górski to dużo, dużo więcej niż sama piłka. To charakter. Gdyby szukać kogoś, kto urodził się dla piłki, to Pan Kazimierz jest jak wzorzec z Sevres. I to w wydaniu światowym.
W piłkę grał na poziomie reprezentacyjnym, trenował ze znanymi sukcesami, był prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Jest instytucją. Symbolem tej lepszej, życzliwszej i mądrzejszej Polski. Ale nawet on nie potrafił się ochronić przed zawistnikami. Wystarczy wspomnieć, jak z goryczą odchodził po olimpiadzie w Montrealu. I z jaką klasą mówi dziś o tych różnych zawistnikach i wybojach, jakich życie nie szczędzi żadnemu trenerowi piłkarskiemu.
My też lepiej niż kiedyś rozumiemy, na czym polega Jego fenomen. Mówiło się, że ma szczęśliwą ręką do decyzji, że ma dobry nos. To też. Ale szczęście można mieć na loterii, a nie w wielu meczach z najlepszymi drużynami świata. O sukcesach Orłów Górskiego w największym stopniu zadecydowały wiedza i doświadczenie trenera. Jego fachowość, umiejętność słuchania, otwartość na nowe pomysły, skłonność do ryzyka. Dodałbym do tego jeszcze jedną cechę. Znajomość psychiki ludzi, z którymi pracował. I to, że zwyczajnie ich lubił. Mówiąc dzisiejszym językiem, traktował ich podmiotowo. A oni, sławni, rozpieszczani przez kibiców czuli przed Nim respekt.
Jak mało kto wiedział, kiedy trzeba ciężko pracować, a kiedy można pofolgować i trochę pobalować. I nie mylił tych ról. Na Jego Jubileuszu Wojciech Gąsowski zaśpiewał “Gdzie się podziały tamte sukcesy, Orły Górskiego, tamci chłopcy ze wspaniałych lat”? No właśnie. Mamy tysiące piłkarzy, trenerów, sędziów i działaczy, ale Kazimierz Górski jest tylko jeden.
Panie Kazimierzu, dobrego zdrowia i spełnienia tych życzeń, które złożył Panu prezydent Kwaśniewski w czasie spotkania w Pałacu. Obyśmy mogli wspólnie zasiąść w fotelach i zobaczyć mecz finałowy mistrzostw świata z udziałem drużyny biało-czerwonych.

Wydanie: 10/2001

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy