Polityka incydentów

Nasi chuligani pobili ich ludzi, ich chuligani pobili naszego człowieka. To nasze stosunki z Rosją. Oni nie wpuścili naszych, my nie wpuścimy ich; oni wtrącają się do naszej mniejszości, my napuścimy na nich Europę. To nasze stosunki z Białorusią. My wywalczyliśmy im wolność, oni otworzyli nasz cmentarz. To nasze stosunki z Ukrainą.
Polska polityka wschodnia składa się z incydentów. Pod powierzchnią tych incydentów kryją się resentymenty. Niechęć chuliganów warszawskich do Rosjan, skutecznie podsycana przez polskie media, niechęć chuliganów rosyjskich do Polaków, skutecznie podsycana przez media rosyjskie. Poczucie wyższości wobec Białorusi i wzgardy dla ich prezydenta dyktatora i jego rządów, które chętnie byśmy obalili. Ambiwalentny stosunek do Ukraińców, którym w pomarańczowej euforii obiecywaliśmy gruszki na wierzbie w postaci wprowadzenia ich do Unii Europejskiej – co nie od nas zależy i w nadchodzących latach wydaje się niemożliwe – a od których oczekujemy czci dla obrońców Lwowa przed ukraińskimi nacjonalistami, co z trudem przechodzi im przez gardło.
Nad tym wszystkim zaś unosi się elementarny brak poczucia rzeczywistości. „Polacy nie orientują się w sprawach białoruskich – mówi „Gazecie Wyborczej” Jerzy Chmielewski, prezes dziennikarzy białoruskich w Białymstoku. – Ich spojrzenie jest bardzo wycinkowe, skupione na osobie i polityce Łukaszenki. To wszelako nie pozwala im zrozumieć Białorusi, a tym samym wypracować skutecznych mechanizmów oddziaływania na ten kraj”. Można by dodać do tego, że nasze skupienie się na osobie Łukaszenki nie oznacza nawet zrozumienia fenomenu Łukaszenki, co do którego nikt nie ma żadnej wątpliwości, że gdyby jutro odbyły się na Białorusi najbardziej demokratyczne wybory prezydenckie, to ponownie zostałby on prezydentem. „W latach 90. – mówi Chmielewski – Białorusini byli mile zdziwieni, wręcz zazdrośni o to, że w Polsce tak szybko się poprawia. Teraz zaczynają dostrzegać pozytywne zmiany u siebie. (…) To dowodzi, że nawet autorytarne państwo nie musi stać w miejscu”.
Nawiasem mówiąc, ja też jestem zdziwiony, oglądając na przykład mistrzostwa świata w Helsinkach, gdzie omalże nie ma konkurencji, w której na światowych szczytach nie startowaliby Białorusini, podczas gdy o nas słychać niewiele. Nie jestem natomiast zdziwiony, oglądając w telewizji scenkę z Bohatyrowicz, tych od Orzeszkowej, gdzie stareńkie babcie siedzą wśród łopianu obok ubogiej krowiny, uważając to za całkiem naturalne, bowiem tak samo siedziały w czasach „Nad Niemnem”.
Dajmy jednak spokój zdziwieniom.
Polityka wschodnia była zawsze kamieniem węgielnym polityki polskiej, nawet wówczas, gdy Polska nie istniała jako państwo. Pisze o tym ostatnio bardzo ciekawie Kazimierz Michał Ujazdowski (tak, ten sam, wicemarszałek z PiS!) w książce „Żywotność konserwatyzmu” (Iskry), poświęconej Adolfowi Bocheńskiemu, którego poprzez przedwojenne jeszcze powiązania polityczne z Jerzym Giedroyciem uważa za jednego z inspiratorów polityki wschodniej utożsamianej z „Kulturą” paryską.
Otóż osnową tej polityki była kwestia wydobycia się Polski spod dyktatu rosyjskiego, który był wówczas dyktatem radzieckim. „Dopóki Rosja będzie imperialistycznym kolosem w obecnych granicach nasze szanse uniezależnienia się od Moskwy są równe zeru”, pisał w „Kulturze” Juliusz Mieroszewski. ” Na to, by Polska mogła odzyskać niezależność, musi się urzeczywistnić jeden z dwóch następujących warunków: albo Polska ulegnie wzmocnieniu, albo Rosja ulegnie osłabieniu. Tak czy inaczej obecna dysproporcja sił musi ulec zmianie, ponieważ dopóki trwa owa dysproporcja potencjałów – po ludzku biorąc, sytuacja Polski jest beznadziejna”.
Traktując tę opinię dosłownie – sytuacja Polski nadal powinna pozostać beznadziejną, ponieważ Rosja niewątpliwie się wzmacnia, a co do wzmacniania się obecnej Polski można mieć różne opinie.
Ale beznadziejna nie jest. Wbrew bowiem prognozom Mieroszewskiego Polska odzyskała niezależność, choć nie dlatego, że nagle staliśmy się potęgą, lecz na skutek złożonych czynników zarówno międzynarodowych (zwycięstwo Zachodu w zimnej wojnie, rozpad ZSRR), jak i krajowych („Solidarność”, pontyfikat Jana Pawła II, wejście Polski do NATO i Unii). W świadomości polskiej polityki jednakże pozostał syndrom „osłabiania Rosji”, co Giedroyc i „Kultura” słusznie widzieli – za Piłsudskim zresztą – w niepodległości Ukrainy, a także w niepodległości Białorusi i wszystkiego, co mogłoby umniejszyć „obecne granice” Rosji. Stąd bierze się nasza ochoczość w pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, a także nasze szarpaniny z Łukaszenką, uważanym za „człowieka Kremla”.
Otóż teraz jednak widać dość wyraźnie, że przyszła pora, aby zadać sobie pytanie, czy polska polityka wschodnia ze szkoły „Kultury”, ongiś całkowicie logiczna, nie stała się przypadkiem w nowych warunkach zarówno europejskich, jak i światowych polityką anachroniczną i wcale niesprzyjającą wzmacnianiu się pozycji Polski?
Zachód Europy, niezależnie od tego, kto wygra wybory w Niemczech, Francji, Hiszpanii czy we Włoszech, nastawiony będzie na zbliżenie z Rosją. Dlatego po prostu, że Rosja niezbędna jest Europie, jeśli ta nie chce zostać, jak ujął to kiedyś Zbigniew Brzeziński, protektoratem Stanów Zjednoczonych. Rosja potrzebna jest także Europie, jeśli Europa chce być partnerem rosnących Chin i Indii, a także oprzeć się fali islamskiego terroryzmu. Co więcej zaś, Rosja potrzebna jest Europie nie jako rządzona przez oligarchów i płynny ponadnarodowy, głównie amerykański kapitał magma, co u nas nazywamy demokracją Jelcyna, lecz jako silne, przewidywalne państwo, które stara się budować Putin.
W tej sytuacji rola Polski może być dwojaka. Możemy, kontynuując dotychczasową politykę „osłabiania Rosji”, być kłopotliwym dywersantem polityki europejskiej, co już dzisiaj wyczuwa się choćby w nierychliwości i zdawkowości wymuszanych przez nas na Unii Europejskiej deklaracji w sprawie Białorusi czy Ukrainy, a także w faktach ekonomicznych, jak ominięcie Polski przez idący na Zachód rurociąg bałtycki.
Możemy jednak także przemyśleć rzecz całą od nowa i stać się nie „przedmurzem” Europy, jak nam się to dziś wydaje, lecz najlepiej osadzonym w kontekście wschodnim krajem Unii Europejskiej, mającym z tej racji coś do powiedzenia w prorosyjskiej polityce Zachodu.
„Redaktor paryskiej „Kultury” byłby przeciwny uruchomieniu radia, które by narzucało Białorusinom wizję rozwoju”, ujmuje to skrótowo cytowany już Chmielewski, polski Białorusin.
Ale my ciągle żyjemy wspomnieniem radia Wolna Europa i Radia Swoboda, które już dawno same uznały się za przeżytek i się zamknęły.

Wydanie: 33/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy