Wiedza zamiast marketingu

Wiedza zamiast marketingu

Ile jest lewicy w lewicy? I dlaczego tak mało? Takie pytanie pada często w czasie partyjnych spotkań. Najczęściej kierowane jest ono pod adresem partyjnej góry. Celują w tym zwłaszcza ludzie młodzi. I to jest zrozumiałe. Trudniej jednak pojąć intencje siwowłosych rewolucjonistów.
Zebrania mają to do siebie, że się kończą. A wraz z nimi kończy się też zebraniowa lewicowa bojowość. Okazuje się, że w realnym świecie rewolucjonista sobie nie radzi. Że za radykalnymi wyznawcami ostrego skrętu w lewo nikt nie stoi. Nawet własna rodzina. A faktyczne poparcie dla nich w województwach, gdzie kierują organizacjami partyjnymi, miastach i miasteczkach, zakładach i środowiskach zawodowych, jest często na poziomie błędu statystycznego.
Tak więc z pewnością mądrzej byłoby zapytać o to, ile na lewicy jest wiedzy i ideowości. Jaki jest jej katalog wartości? I ile jest głębokich sporów intelektualnych?
Badania naukowców z Brukseli i Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy ankietowali wojewódzki aktyw SLD, pokazują, że jest duży problem. Podobne były zresztą wyniki Mareco Polska, prezentowane przez Sławomira Wiatra na naszych łamach. Jaki obraz działacza wyłania się z tych sondaży? Najdalej idzie zarzut, że jest to bezideowa zbiorowość zainteresowana wyłącznie powrotem do władzy. Do partii trafiło wielu ludzi przypadkowych. Karierowiczów, którzy traktują SLD jak trampolinę do kariery zawodowej. Tylko w latach 1990-1993, gdy lewicy nikt nie dawał szans nie tylko na powrót do władzy, ale nawet na utrzymanie się w systemie politycznym, przynależność do ówczesnego SdRP wymagała niemałych wyrzeczeń i ideowości. Dość niespodziewany sukces lewicy w 1993 r. sprawił, że swoją szansę dostrzegli ci, którzy już kiedyś byli balastem PZPR. Bezideowi konformiści, a często i zwykli geszefciarze. Z nimi na pokładzie zatonie każdy okręt. I im więcej władzy miała lewica, tym więcej kręciło się przy niej takich cwaniaków. Teraz przerzucili się na partie dziś w Polsce rządzące. Paradoksem obecnej sytuacji jest to, że im dłużej lewica będzie zmarginalizowaną opozycją, tym większe ma szanse na oderwanie się od tej rakowatej narośli.
Niestety, pseudodziałacze to niejedyna spuścizna po czasach sukcesów SLD. Z każdym słabym sondażem ubywa takich ludzi. Z nimi może uda się uporać. Ale co zrobić z drugim wielkim problemem, jaki ma dziś lewica? Z marazmem intelektualnym, z powierzchowną, bazującą na stereotypach wiedzą, z niezwykłą skłonnością do wpasowywania się w najbardziej obskuranckie poglądy, i to w sprawach dla lewicy kluczowych? Takich jak stosunek do świeckości państwa, do praw kobiet, do zasady równych szans w dostępie do edukacji i pracy, do ochrony praw wszelkich mniejszości.
Konsekwencją obecnego stanu rzeczy jest rozmijanie się wyborców o poglądach centrolewicowych z ofertą, jaką mają dla nich partie lewicowe. Mam wrażenie, że potencjalni wyborcy lewicy dużo więcej czytają i znacznie więcej wiedzą i rozumieją z tego, co się dziś dzieje na świecie, od tych, którzy chcą być ich reprezentantami. I na miejscu młodych działaczy lewicowych mniej bym liczył na sprawny marketing, a bardziej na gruntowną wiedzę. Własną!

Wydanie: 48/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy