Poczytam ci o Wandzie

Poczytam ci o Wandzie

A jeśli ktoś nie wie, kim jest i co pisze Rafał Woś albo Grzegorz Sroczyński? Albo co to podatek progresywny, Monteskiusz, trójpodział władzy? A jeśli ktoś nie miał nigdy w ręku Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, nie lubił matematyki w szkole, nie bardzo kojarzy Arystotelesa ani z etyki, ani z logiki, a jeśli spory o ideę państwa są mu całkiem obce, odległe, chyba że zapuka komornik w sprawie mandatu za brak biletu przed siedmiu laty? A jeśli nie jedzie na wakacje ani nie idzie na urlop i ma kłopot z kupnem nie tylko podręczników dla dzieciaka, ale także lodów latem? A jeśli nigdy nie był za granicą, gdzie mówią inaczej, witają się inaczej, gdzie nikt nie wie, kim on jest, a on sam czy ona sama też tego nie wiedzą, ale tamci nie wiedzą jeszcze bardziej? A jeśli nigdy nie pomyślał, że mógłby mieć inną płeć, inny kolor skóry, inną modlitwę wieczorną, inny pejzaż, inny posiłek co rano? A jeśli nie potrafi czytać, mówić w innych językach? Jeśli od lat nie sięgał do gazet, jeśli nie odróżnia tygodników opinii od siebie, nie wie, że mają coś, co jest „linią programową”, rdzeniem tożsamości, jeśli telewizja to telewizja, jeśli ostatni raz kupił książkę przed dekadą i była o piłce albo o gotowaniu? To skąd i dlaczego miałby wiedzieć, że wszystko, co wokół, jest polityczne i ważne również dla niego, dla niej samej? Jeśli przy ogromie źródeł informacji, przy tsunami niby-zdarzeń i pseudofaktów nie daje rady odróżnić ważnego od błahego? Jeśli tym, co wspólne, nie jest spór o Sienkiewicza-Gombrowicza, Piłsudskiego-Dmowskiego, socjalistów z kapitalistami, a tylko troska o to, czy podczas spaceru nad Wisłą nie spotka pytona tygrysiego? I jeśli chodzi do kościoła?

Marzy mi się lektura wyników i analizy badań nad tym, skąd Polacy wiedzą to, co wiedzą, jeśli to wiedzą, jeśli to jest jakaś wiedza, jeśli to w ogóle można wiedzą nazwać, jeśli gromadzenie faktków (takie malutkie fakty), historyjek, anegdotek, przypowiastek jest inne niż przed stuleciami, kiedy nie tylko technologii cyfrowej powszechnej i złudnie dostępnej oraz nowoczesnej nie było, ale nawet gutenbergowskie wynalazki były fikcją i niedostępną większości małmazyją.

Ale co z tego miałoby wyniknąć, że wiedziałbym, skąd sąsiedzi, obcy, te tysiące, które mijam, oraz te miliony, których nie spotkam nigdy, wiedzą to, co wiedzą, myślą to, co myślą, mówią to, co mówią, kupują to, co kupują, zarabiają, jak zarabiają, wypoczywają lub nie, tak jak to robią? Dlaczego takie nadają imiona dzieciom? Skąd wybór tego, jak noszą pieniądze? Czy da się z tego wywróżyć przyszły czas? Czy da się oswoić grozę tęsknoty za porządkiem i ładem kosztem krwi? Czy mamy coś wspólnego? Czy odrębność jest fundamentem, czy tym, co naprawdę każdy ma tak samo, jest znajomość banknotów, proste reguły przetrwania, rodzinne omerty, środowiskowe zaklęcia, tajemnicze kręgi mód i wzorców? Iloma językami mówimy w jednym języku? Każdy ma przecież własny język, a więc tym samym własny świat. Czy potrzeba nam fizyki czwartego wymiaru i teorii strun, żeby widzieć rozszczepienie doświadczeń i kaskady niespójności, nieistnienie konsekwencji albo niekonsekwencji? Jak oswoić to doświadczenie, że nic do niczego nie pasuje, chociaż równocześnie nie chciałbyś nadużywać lub w ogóle korzystać z wielkich kwantyfikatorów?

Nie mam pojęcia, jaka mogłaby być puenta.

Dlatego napiszę o 30 zdaniach, które w trudach napisałem dla oficyny wydającej książki dla dzieci. I powstała książeczka. Miała mieć związek ze stuleciem odzyskania niepodległości przez Polskę – chyba ma. Miała mieć bohatera prawdziwego, ważnego w tej opowieści (sto lat temu… hm) – ma zatem bohaterkę. Książeczka dla bardzo malutkich dzieci, które przygodę ze światem liter składanych w słowa i zdania mają dopiero przed sobą. I tak powstała „Wanda, bojowa panna. O Wandzie Krahelskiej”. Reguły formalne były surowe – pisząc po polsku, trzeba było pisać jakby w innym, przedpolskim języku, poruszać się gdzieś w labiryncie scrabblowych szans i szczelin między słowami pożądanymi a możliwymi – bez używania polskich liter, bez szeleszczących sz, cz, bez zmiękczeń. Wydawca uznał, że może być. Powstały piękne ilustracje, bogatsze od słów, narysowała je Paulina Derecka-Sitnik.

Może w tej całej wyżej zapisanej bezradności ucieczką mogła się okazać tylko kolejna utopijna próba opowiedzenia zapomnianej historii niezwykłej polskiej kobiety: nauczycielki, edukatorki, bojowniczki Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej, współautorki zamachu bombowego na generała-gubernatora Gieorgija Skałona w 1906 r. Krahelska była emigrantką, dyplomatką, zawsze działaczką na rzecz dzieci z ubogich, wiejskich i robotniczych rodzin, studiowała na Akademii Sztuk Pięknych, założyła i redagowała pismo „Arkady”, pisząc o pięknie przedmiotów codziennego użytku. W czasie II wojny współzakładała Żegotę, pomagającą Żydom i ratującą ich. Po wojnie była założycielką i redaktorką naczelną „Stolicy”, pisma wstającej z gruzów i odbudowywanej Warszawy. Była zjawiskiem i połączeniem żywiołów walki, edukacji, piękna i solidarności. Wanda Krahelska była socjalistką.

Wydanie: 35/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy