Elegia na śmierć Haliny Auderskiej

Ostatni raz dzwoniła do mnie jakieś chyba parę tygodni, a może miesięcy temu. Chodziło o to, że w jakimś felietonie powołałem się na nią, czy też ją wspomniałem. Czuła się jeszcze względnie dobrze, miała kłopoty z nogami, no ale bez przecież już 96 lat na karku. Intelektualnie znosiła swój wiek znakomicie, była po dawnemu bystra, inteligentna, dowcipna i odrobinę złośliwa. A przecież wyglądało, że już za życia została zapomniana i pogrzebana. Był tam jeszcze jakiś napad i rabunek. Ale, oczywiście, grzechem numer jeden było to, że stała się prezesem odwieszonego po stanie wojennym Związku Literatów. Co więcej, wyglądało na to, że sami członkowie rzeczonego Związku mają coś przeciwko niej!

To fakt, nie była najłatwiejszą osobą na świecie, ale za to niezmiernie interesującą. Ja się jej nigdy nie bałem, jakoś mi się udawało wszystkie nieporozumienia obrócić w żart. Jedna potężna reprymenda, jakiej mi udzieliła, że za wiele piję, a była to najszczersza prawda, zakończyła się tak, że jeszcze zaprosiła mnie prywatnie na koniak. Sama, oczywiście, nie piła albo w ogóle, albo prawie. Właściwie poznałem ją lepiej jakieś 30 lat temu, kiedy Związek Literatów Polskich zorganizował wycieczkę do Krosna i Sanoka. Siedzieliśmy obok siebie w autokarze, stoliku hotelowym i chyba samolocie przez kilka dni z rzędu i przekonałem się, że w istocie jest bardzo miła i mądra. To właśnie wtedy był konflikt o podlewaną pani Halinie w tajemnicy wódeczkę. To znaczy, sam konflikt wybuchł po latach, kiedy publikowałem w prasie swoją „Agonię i nadzieję”. Opisałem wtedy, jak wlewałem jej do buraczków i sałaty wódeczkę, a ona topniała ze szczęścia w oczach. Pani Halina nie byłaby sobą, gdyby nie wystosowała do redakcji pełnego oburzenia listu, że nigdy nie jada buraczków ani sałaty. Wzajemna korespondencja na łamach „Przeglądu Tygodniowego” ciągnęła się jakiś czas. Dzisiaj już naprawdę nie pamiętam, do czego jej tę wódkę lałem – może to była marchewka, może mizeria, albo sałatka pomidorowa? Aha, napisałem także wtedy, że armia Budionnego zmykała na jej widok, a Niemcy umykali z czołgów. Tu zresztą naprawdę było coś na rzeczy, chociaż ona skromnie wolała o tym nie mówić. A zrobiła zarówno w czasie wojny, jak i po niej bardzo wiele. Ta dzielna z pochodzenia Czeszka, ze sławnego zamku Auders, wnuczka powstańca 1863 przeżyła trzy wojny i rewolucję w Odessie, była z wykształcenia polonistą, sanitariuszką w obronie warszawy, żołnierzem ZWZ i AK, specjalistką od dywersji, bardzo aktywnym i bohaterskim uczestnikiem powstania. Dwukrotny Krzyż Walecznych!

Potem walczyła o dzieci polskie wywiezione do Niemiec i pierwsza w PRL upomniała się o zesłańców syberyjskich. Jej talent rozwijał się o zesłańców syberyjskich. Jej talent rozwijał się bardzo dziwnie, wybuchami. Debiutowała powieścią jeszcze przed wojną, potem przyszedł okres dramatu i to znakomitego, np. słynna „Rzeczpospolita zapłaci”. Potem przez wiele, chyba 20 lat pracowała przy Wielkim Słowniku Języka Polskiego i to pracowała naprawdę. A potem raptownie ciąg znakomitych powieści – „Jabłko granatu” (1971), „Ptasi gościniec” (1974), „Babie lato” (1974), „Miecz Syreny” (1980). No i „Królowa Bona”  – przecież to Auderska była scenarzystką tego sławnego serialu. A w każdej z bohaterek czy bohaterów kryła się ona sama.

Niewiele się wiedziało o jej życiu osobistym, wygląda na to, że już od wielu lat – nie wiem, może od zawsze – była samotna. Czy to była tragiczna samotność, tego nie potrafię powiedzieć, jej życie zawsze było zapełnione bezlikiem spraw, działań, akcji, jakichś poczynań. Lepiej ją znający twierdzą, że poza swoją zadziornością była człowiekiem bardzo dobrym. Podejrzewam także, że – nieszczęśliwym. Bardzo wysoko – podejrzewam, że jak na nasze czasy za wysoko – ceniła godność pisarza.

Po jej śmierci kazałem wywiesić na Domu Literatury czarny sztandar, jak się godzi, kiedy odchodzi jeden z Prezesów. Ale okazało się, że ona sama w testamencie nie życzy sobie jakiejkolwiek pompy, nawet żałobna klepsydra ma być tylko na kościele. Cóż było robić… Całe życie pisałem o niej, odrobinę żartując. Więc i dzisiaj wybaczy mi Pani, prawda Pani Halino?

Wydanie: 2000 9/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy