Bez polityków można żyć, a bez lekarzy – nie

Bez polityków można żyć, a bez lekarzy – nie

Prawo i Sprawiedliwość wpadło w pułapkę własnej demagogii. Z jednej strony ogłasza i przypisuje sobie niebywałe sukcesy gospodarki, łącznie z wpływającymi do budżetu wielkimi, dodatkowymi pieniędzmi, a z drugiej twardo mówi, że nie da podwyżek tym grupom zawodowym, które od dawna na nie zasługują. I na dodatek, tak jak lekarze i nauczyciele, mają poparcie większości społeczeństwa. Co w kraju, gdzie dziewięciu na dziesięciu zatrudnionych uważa, że zarabia za mało, wcale nie jest takie proste. A jednak! Polacy popierają protesty lekarzy. Może także dlatego, że widzą obłudę i hipokryzję władzy w sprawach płac i wydatków rządowych. Bo przecież są pieniądze na podwyżki dla lustratorów, czyli prokuratorów z Instytutu Pamięci Narodowej, którzy i bez podwyżek są najlepiej zarabiającymi prokuratorami w Polsce. Nie brakuje pieniędzy na wojnę w Iraku i Afganistanie. Na rozdymanie posad rządowych dla krewnych i znajomków partyjnych. Na wymianę tablic i dokumentów wraz ze zmianami nazw ulic. Na bezsensowne kampanie propagandowe, które mają w gruncie rzeczy służyć promocji polityków, jak choćby akcja „nowy patriotyzm”. Ileż jeszcze można byłoby wymienić przykładów tego sobiepaństwa i rozrzutności? Czy ktoś nad tym panuje? Czy można ufać, że mądrze wydają nasze pieniądze ludzie, którzy niedawno byli, w najlepszym przypadku, asystentami posłów, a w najgorszym zwykłymi bojówkarzami. Zero kompetencji i ogromne problemy z moralnością to swoisty herb wybrańców tej władzy. Powołani na funkcje przekraczające ich możliwości, wykonają każde polecenie. W przeciwieństwie do wykształciuchów nie stawiają żadnych pytań. I nie mają oporu przed żadną decyzją. Nie dziwota, że taka władza musi zadbać o podwyżki płac dla Biura Ochrony Rządu. Przy tak niskim poziomie akceptacji rządu tylko ta decyzja wydaje się jakoś usprawiedliwiona.
Po dwóch latach rządów PiS widać, że z wielu obietnic zostały tylko ulotki propagandowe, a szuflady z projektami konkretnych działań są puściutkie. Jak, nie przymierzając, głowy niektórych dzisiejszych decydentów.
Zamiast zająć się problemami służby zdrowia i oświaty, rząd i politycy PiS jeździli na Podlasie i agitowali za referendum w sprawie Rospudy. Chcieli koniecznie postawić na swoim. Tyle że tamtejsze społeczeństwo pokazało im gest Kozakiewicza.
Zajęci sobą i własnymi fobiami nie mieli czasu, a pewnie i ochoty, by użerać się z, jak ich sami nazywają, łapownikami i mordercami w białych fartuchach.
Rozmowy, negocjacje i szukanie kompromisu to zresztą ostatnia rzecz, na którą ci politycy mogą mieć ochotę. Nie są chyba zdolni do takiego działania. Ich kręci coś zupełnie innego. A najbardziej lustracja.
W walce o postawienie na swoim nie cofają się przed stawianiem najcięższych i najbardziej absurdalnych zarzutów.
Tolerując upodlanie innych ludzi, sami sobie wystawiamy rachunek. Bierność w takich sytuacjach nie jest cnotą. Protesty lekarzy i nauczycieli to ich dramat i dramat pacjentów, uczniów i rodziców. Ale ten protest ma sens. To oni mają rację, a nie ci, którzy żadnego społecznego problemu nie potrafią rozwiązać. Bez lekarzy i nauczycieli nie możemy się obejść. Zupełnie inaczej niż bez polityków, którzy wpędzają nas w matnię niemożności.

Wydanie: 22/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy