Mój węgierski agent

Mój węgierski agent

Jestem w Poznaniu, zawsze lubiłem to miasto. Teraz, po latach, widzę, jak wypiękniało. Na polonistyce biorę udział w seminarium o lęku. Niepokojące, że stałem się specjalistą w tej dziedzinie. Potem ze znajomą idziemy na wino. Iza obok Violi z Jerozolimy, o której pisałem tydzień temu, to druga najbardziej kolorowa osoba, jaką znam. Gdybym nagrał, co mówi, miałbym gotową powieść. Przybywa jej mąż chirurg i opowiada, że w szpitalach kierownicze stanowiska też przejmują ludzie PiS. Oni są jak rak z przerzutami.
Część dnia spędzam w Muzeum Narodowym. Bardzo lubię to poznańskie muzeum, wydaje mi się ciekawsze niż warszawskie, na pewno o wiele bardziej przyjazne. Ileż jest w tej sztuce Polski, tego, co w nas najlepsze. Nagle uświadamiam sobie, że kocham Polskę poprzez malarstwo i literaturę, a nienawidzę przez polskiego kołtuna. Na zewnątrz upał, a w salach klimatyzacja, ale rześko też od czystej sztuki, której tu tak wiele. Już popołudnie, a oglądających jest mniej niż pilnujących obrazów. Jakiś smutek w tej pustce świątyni sztuki, ludzi obchodzi co innego. Na ulicach tłumy kibiców, przyjechali na mecz polskiej reprezentacji, często osobniki ludzkie w różnym stanie zezwierzęcenia. A w muzeum zdumiewa, ilu malarzy XX w. znałem osobiście, lub znam, bo są sale z pracami żyjących artystów. Z Łukaszem Korolkiewiczem umawiam się właśnie na tenisa. Piękny jego obraz, autoportret w ogrodzie. Coraz więcej dowodów na to, że jestem już zabytkiem. Wiele obrazów Artura Nachta-Samborskiego. Wybitny malarz, znajomy moich rodziców. Bywał u nas w domu na Iwickiej. Obiecywał ojcu obraz w prezencie, ale ciągle coś w nim poprawiał, bo był znany z tego, że własne obrazy zdawały mu się zawsze niedokończone. W końcu umarł i obrazu nie dał. Rodzice kupili potem jeden od spadkobierców i wisi teraz w moim domu. Fikus oczywiście. Maniacko malował te kwiaty.


Czytam dzienniki Sándora Máraia. W kawiarni, potem w muzeum, w końcu w pociągu. Ładne zdanie: „Śnieżyca, mroźny wiatr, drżące drzewa, pola pokryte gęsią skórką”. To już trzeci tom dzienników tego wybitnego węgierskiego prozaika, a jeszcze nie ostatni. Najciekawszy jest jednak ten pierwszy, z czasów wojny. Dzwoni do mnie attaché ambasady węgierskiej z prośbą, abym poprowadził spotkanie z tłumaczką pisarza. Nie mogę w tym terminie.

Szok, bo Węgier ma głos identyczny jak István Szintaj, mój znajomy z lat 70. i 80. Był wtedy obywatelem fińskim, kłamał, że uciekł z Węgier w 1956 r. Identyczny głos pewnie też dlatego, że Węgier mówiący po polsku w charakterystyczny sposób intonuje i przekręca polski. Szintaj, co wiem z moich teczek w IPN, był agentem węgierskiej służby bezpieczeństwa, kryptonim „Skrzypek”. W teczkach opisano, jak polska bezpieka uroczyście przejmuje go od węgierskiej w mojej sprawie. To był cały rytuał. Donosił na mnie przez lata, a byliśmy dosyć blisko. Pisał swoje raporty, zabawnie kalecząc polski. Był fantastą, więc czasami pisał o mnie fantastyczne rzeczy: „Tomasz Jastrun partnerów homoseksualnych znajdywał sobie w czasie gry w tenisa. Żona Tomasza Ewa rok temu dowiedziała się o jego homoseksualizmie. W wyniku wiadomości musiała się udać do szpitala psychiatrycznego na leczenie. Po leczeniu tym Tomasz obiecał żonie, że całkowicie zerwie z homoseksualizmem, w dalszym ciągu jednak, chociaż bardziej się kamuflując, znajduje sobie partnerów homoseksualnych”. I jak tu wierzyć teczkom?

Szintaj był łajdakiem niezwykle wszechstronnym. Przed laty, gdy w „Zwierciadle” pisałem o molestowaniu seksualnym dzieci, odezwała się jego pasierbica – pamiętam ją jako dziewczynkę – napisała, że ją molestował. Od niej się dowiedziałem, że zmarł w Helsinkach na zawał. Łaskawa śmierć go spotkała.


Uparcie powtarzają się wieści o śmiertelnej chorobie Kaczyńskiego. Wszyscy, którzy mi to mówią, mają swoje tajne lekarskie źródła i szepcą w zaufaniu. Ma to już postać tragikomiczną. I dobrze oddaje, jak jesteśmy bezradni wobec sytuacji, którą on zarządza. Nastał już zupełny bezwstyd, by życzyć prezesowi jak najgorzej, a jeszcze rok temu nie wypadało tak myśleć i mówić. Z innego źródła, pewniejszego, wiem, jak wygląda ten cały dwór na Nowogrodzkiej, jak skomplikowane są procedury, by się dostać do ucha prezesa, jak czasami duperelne sprawy załatwia. Chwilami to przypomina zwyczaj cesarza Franciszka Józefa, przyjmującego każdego, kto chciał mu złożyć skargę lub prośbę. Dla monarchii austro-węgierskiej skończyło się to niedobrze.

Wydanie: 25/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy