Schizma, panie dziejku, schizma!

Teledelirka

Czasami intuicja pisarki daje mi się we znaki, choć chciałabym kierować się wyłącznie rozumem, rozważać za i przeciw, mówić sobie w monologu wewnętrznym: nie potwierdzam i nie zaprzeczam, dopóki nie dowiem się czegoś więcej o przyjacielu, polityku lub o układzie, ale moja pieprzona intuicja jak natrętna tłusta mucha tłucze się po głowie, żyć nie daje i żąda, by się do niej ustosunkować.
Bywa, że intuicja graniczy z proroctwem, a być prorokiem nie jest dobrze ani we własnym domu (owe słynne: a nie mówiłam!, gdy zdarzy się to, co nie miałoby miejsca, gdyby ten i ów zrobił to, co do niego należało), ani tym bardziej we własnym kraju.
Otóż mówiłam już dawno, że Radio Maryja wybija się na niepodległość, a nawet w jednym z pierwszych programów „Co pani na to?” (niedługo stuknie już 50. odcinek!) użyłam słowa schizma. Dziwiło mnie to, że hierarchowie nie reagują na epidemię dziwnej choroby, w której modlitwa miesza się z nienawiścią.
Pojęcie schizmy, przeciwko któremu gwałtownie protestowano, rozumie się pospolicie jako rozłam dogmatyczny, a więc heretycki. I rzeczywiście, w tym znaczeniu do schizmy prawdopodobnie nie doszło, bo wyznawcy wraz z ojcem Rydzykiem wierzą w Trójcę Świętą, w Niepokalane Poczęcie i są podporządkowani Papieżowi. Choć co do tego nie ma pewności, ponieważ Ojciec Święty zawsze mówi, że głoszenie rasistowskich poglądów jest grzechem, mówił również o tym, że grzechem jest nienawiść oraz zalecał miłosierdzie.
O obyczajach nie wspominamy, bo wiadomo że Kościół powszechny uważa, że wszystko, co w seksie nie jest prokreacją, jest grzechem, a nawet do niedawna grzechem była prokreacja z przyjemnością, zwłaszcza jeśli owe przyjemne drżenie odczuwały niewiasty. Ostatnio coś, że się tak wyrażę, drgnęło w tej materii. Wyczytałam w enuncjacjach pewnego światłego księdza, że dziś można przy produkcji ciamkaczy mieć swoją przyjemność. A nawet, co zakrawa na rewolucję, wolno w małżeńskiej alkowie pieścić się, czyli uprawiać grę wstępną. Między wierszami wyczytałam, że jeśli któreś z małżonków czuje się pobudzone, to dozwolone jest małe erotyczne co nieco. Nastąpiło nowe odczytanie starej „Pieśni nad pieśniami”, którą kiedyś tłumaczono wyłącznie metaforycznie, Oblubienica-Kościół, Oblubieniec-Chrystus, a współcześnie można rozumieć wprost – piersi to piersi, uda to uda, usta to usta i wszystkie te części biorą udział w biblijnym poznaniu się dwojga ciał.
W rozgłośni ojca R. jak grzyby po deszczu wyrastają tematy antymasońskie, antyżydowskie, antyinteligenckie, antyliberalne, antyeuropejskie i antygejowskie; jednym słowem, zrobiły się z tego już nie zwykłe rydzyki w marynacie z fobii, ale powstał kosmiczny grzyb zbudowany z atomów nienawiści. W słoju marynowano również grzybki na temat eutanazji rozumianej jako przymusowe uśmiercanie emerytów, koszmary o zabijaniu poczętego, jakby zwolennicy złagodzonej ustawy byli krwawymi smokami ludkojadami.
Nagle po wyjeździe Papieża nastąpiło przebudzenie oficjalnego Kościoła. Odezwał się prymas Glemp, że ww. radio nie spełnia kryteriów, chodzi o jakieś biura… Biskup Życiński powiedział zaś, że „Nasz Dziennik” nie jest pismem katolickim, bo nie ma asystenta kościelnego. Na te głosy odezwali się inni biskupi, którzy krnąbrnie oświadczyli, że biura są OK, a ks. Czesław Bartnik odpalił rakietę w kierunku biskupa Ż., że sprawa asystenta „jest lisim podstępem sugerowanym przez organizacje antypolskie i antykościelne”. Oni (znaczy anty-Polacy) chcieliby media publiczne ograniczyć „do szerzenia w Polsce samej tylko kultury żydowskiej”. Jednym słowem, rozpętała się spóźniona o lata świetlne afera między Kościołem oficjalnym a Kościołem ludowym. Trudno o porozumienie, jeśli nie ma wspólnego języka.
W jesiennym sezonie wyborczym schizmy dyscyplinarne są w modzie. W SLD zbuntowały się kobiety. Jedna ładna blondynka, Zuzia Dziża, w walce o komputer podobno spoliczkowała Narolewskiego, który bił ją i dusił, zupełnie jak mąż macho, ale wierzymy, że Zuzia się nie podda, że Zuzia śmiercią gardzi, kobieto, gniewny okrzyk podaj: do broni komunardzi! oraz komunardki, że strawestuję feministycznie znany kiedyś z lektur wiersz.
Inne heretyczki z tej samej formacji żądają spełnienia obietnic; czy to nie bezczelność? Domagają się miejsc na listach wyborczych. Jolanta Gontarczyk chciała bezczelnie zająć pierwsze miejsce, jakby zapomniała, że jest tylko kobietą. Co prawda, to miejsce jej się należało, ponieważ w ubiegłych wyborach zdobyła najwięcej głosów (cztery razy więcej niż kolejny kandydat na liście), ale Krajowy Zarząd przywołał babę do porządku. Poparła ją Wańkowa, działaczka z prawdziwego zdarzenia, która zna życie wyborcze jak mało kto, bo też miała nieprzyjemną wyborczą przygodę i musiała ustąpić, faceci ją pouczali, co powinna, a czego jej nie wolno, i do dziś liże rany. W Szczecinie Liga Kobiet chce startować oddzielnie, bo też nie znalazły się odpowiednie miejsca dla jej członkiń.
Schizma, panie dziejku, nic tylko schizma, mówią działacze i bronią się rękami i nogami przed inwazją drugiej płci. A wzory mają dobre. Niedawno ekskomunikowano kilka wyświęconych na kapłanki kobiet. Oto jak zadziwiająco blisko siebie, ramię w ramię, twardo w tej kwestii stoją hierarchowie różnych wiar. Z jednej strony, biskupi z Kościoła naszego, matki naszej (chyba raczej ojca? Rydzyka?), z drugiej zaś, liderzy lewicowi. Grzeszna niewiasta nie wciśnie się przez to ucho igielne. Na razie.

 

Wydanie: 39/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy