Jałmużna dla dzieci

Jałmużna dla dzieci

Magia okresu przedświątecznego zaczyna się coraz wcześniej. Dbają o to zwłaszcza handlowcy, którzy niemiłosiernie wydłużają czas zakupów i traktują święta głównie jako okazję do zmasowanej presji na konsumenta. Kupuj, człowieku, co tylko się da, bo od tego zależy twoje szczęście i udane święta. Niewielu jest odpornych na coraz nowocześniejsze i coraz skuteczniejsze formy nieustannej perswazji. W centrum zainteresowania są przede wszystkim dzieci. Dla nich święta to przecież czas szczególnie wyczekiwany. Nadzieja na wymarzone prezenty. Bohaterami i adresatami telewizyjnych reklamówek są więc zazwyczaj szczęśliwe dzieci, do których trafia Mikołaj z atrakcyjnymi prezentami.
Ale prawdziwe życie niewiele ma wspólnego z reklamami. Warto więc w tym wyjątkowym okresie, gdy łagodnieją serca, przypomnieć, że Polska jest niestety macochą dla całej armii osieroconych, biednych i zagrożonych patologią dzieci. O skali tego problemu i indywidualnych dramatach bardzo konkretnych dzieci i ich rodzin nieustannie przypominają organizacje społeczne, fundacje i stowarzyszenia. Jest wśród nich szczególnie zasłużone Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, obchodzące w tym roku jubileusz 90-lecia. Minęło tyle lat, przez TPD przeszło wiele pokoleń działaczy, zmieniały się ustroje i rządy, a problem dzieci potrzebujących pomocy ciągle jest w Polsce wstydliwą plamą. Czarną plamą na naszych sumieniach. Dzieje się zresztą tak nie tylko u nas, mimo że państwa są coraz bogatsze, a społeczeństwa coraz zamożniejsze. Czy bieda i wykluczenie na trwałe muszą być wpisane w krajobraz społeczny? Czy już zawsze będą przeklętym i żałośnie smutnym znakiem czasów? Także w XXI w.? Dowodem naszej nieudolności bądź fałszywego stosunku do drugiego człowieka? A pewnie i jednego, i drugiego.
Piszę o tym, bo sam mam poczucie niewykorzystania wszystkich możliwości tygodnika, by burzyć spokój sumień tych, którzy instytucjonalnie powinni się zajmować problemami dzieci, ale też sumień zwykłych, porządnych obywateli, którzy żyją w przekonaniu, że są dobrymi i wrażliwymi ludźmi. Pewnie są. Tylko kto w takim razie odpowiada za polskie morze dziecięcego nieszczęścia? Wystarczy pójść do TPD albo do innej z kilkudziesięciu organizacji, które monitorują te problemy i próbują pomagać dzieciom, by przekonać się, jak wiele jest dzieciaków potrzebujących pomocy. Są na wyciągnięcie ręki. Za ścianą w blokowisku, na sąsiedniej ulicy czy we wsi, do której wpada się na weekend.
Obojętność wobec tego zjawiska nie wynika z niewiedzy. Jego skala jest przecież tak duża, że chcąc nie chcąc, problem sam wpycha się do naszego życia. Nieproszony i niechciany, a najchętniej spychany na margines. Byle tylko zniknął z oczu. Nie zniknie!
Nawet w bogatej Unii ubóstwo wśród dzieci jest coraz bardziej powszechne i widoczne. Wpływa to na zdrowie i sytuację społeczną dorastających dzieci, które mają mocno ograniczony dostęp do podstawowej opieki socjalnej, edukacji i usług zdrowotnych. Rozejrzyjmy się wokół siebie. Nie trzeba sokolego wzroku, by zobaczyć dziecko wymagające pomocy i wsparcia. Bezradne i bezbronne. Narażone na złe wpływy, różnorodne uzależnienia czy kontakty z grupami przestępczymi. A to rodzi długofalowe problemy społeczne, które w przyszłości dotkną całe społeczeństwo. Bardzo wielu dzieciom jest dziś w Polsce źle. Żyje im się znacznie gorzej niż w tak gorliwie krytykowanej, głównie przez nowobogackich, Polsce Ludowej. Dla nich problem tych dzieci to nie ich problem. Jest przecież wolny rynek. Sekundują im w tym prawicowi liberałowie rządzący krajem. Zamiast polityki społecznej mamy więc jałmużnę i raz w roku Mikołaja. A i to nie dla wszystkich.

Wydanie: 50/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy