Deficyt odpowiedzialności

Deficyt odpowiedzialności

BEZ UPRZEDZEŃ

Rząd zrobił w tym roku manko w budżecie państwa w wysokości co najmniej 30 miliardów złotych. Jeżeli osoba lub instytucja wydaje więcej, niż ma, to ktoś musi być oszukany i poszkodowany. Kto? Z pewnością nie międzynarodowi spekulanci kapitałowi. Oszukani i poszkodowani znajdują się między nami, obywatelami tego państwa. Solidarnościowy rząd swoją niepoczytalną rozrzutnością spowodował, że w roku następnym manko budżetowe może być dwa, a nawet trzy razy większe niż obecnie. Propagandowi obrońcy tego rządu chwytają się sofizmatów, aby częścią odpowiedzialności za horrendalny deficyt budżetowy obarczyć opozycję. Mają ułatwione zadanie dzięki temu, że zepsucie władzy centralnej, wniesione przez mentalność solidarnościową, zacierało w wielu sytuacjach rozróżnienie między rządzeniem a opozycyjnością. Rząd realizuje wolę parlamentarnej większości, która go wyłoniła. Nie mając jej poparcia, powinien się rozwiązać. Większość parlamentarna ze swej strony powinna odwołać rząd, którego działań nie popiera. Tymczasem posłowie AWS i UW głosowali, bywało (mniejsza o to, razem czy osobno), przeciw projektom rządowym, ale na odwołanie rządu się nie zdecydowali z obawy, że Sejm może być rozwiązany, a oni pozbawieni pensji i przywilejów poselskich. Osiem tysięcy miesięcznie piechotą nie chodzi. Żadnych innych powodów utrzymywania się tego niemoralnego układu na razie nikt nie odkrył.
Nie wolno przyjmować do wiadomości niuansów, jeśli chodzi o stopień odpowiedzialności rządu Jerzego Buzka i parlamentarnej większości AWS i UW. Kłótliwość i bałagan nie są jakościami politycznymi. Pod politycznymi względami stanowili doskonałą jedność, na co dowodem jest utrzymywanie tego rządu do końca kadencji. Razem, solidarnie ponoszą odpowiedzialność za 30 miliardów tegorocznego deficytu budżetowego i za już narobiony deficyt roku następnego, dwa lub trzy razy większy.
Opozycja krytykuje rządzącą większość za liberalizm, neoliberalizm, wiarę w „niewidzialną rękę” itp. Jest to krytyka chybiona. Liberalizm przejawiał się głównie w retoryce Leszka Balcerowicza, rzeczywista polityka gospodarcza była etatystyczna, populistyczna i wstydliwie socjalistyczna (to znaczy bez tej nazwy), a nade wszystko oderwana tak samo od kryteriów sprawiedliwości społecznej, jak od wzorów gospodarności. Rządzących w mijającym czteroleciu najbardziej pasjonowała redystrybucja według kryteriów politycznych i ideologicznych (reprywatyzacja, uwłaszczenia różnego rodzaju, „polityka prorodzinna”) i chociaż tych największych pasji nie udało im się wcielić w życie, to jednak wiele miliardów złotych rozdali i zmarnotrawili w mniej „efektowny” sposób. Gdy dziś gazety pokazują przyczyny deficytu, uderza przede wszystkim całkowity bezsens tych wydatków – dokonanych lub zapowiedzianych w ustawach. Jedyny sposób pobudzania gospodarki, jaki im przychodził do głowy, to zwiększanie popytu konsumpcyjnego, jakby nie wiedzieli, że Polska już żyje ponad stan, więcej konsumuje, niż produkuje i jest bardziej zadłużona (nowymi długami i w nowej formie) niż w czasach Gierkowskich.
Tydzień temu napisałem, co myślę o polityce prorodzinnej, jeszcze parę słów na ten temat. Rozmawiałem właśnie ze zwolennikiem tej narodowo-katolickiej dewiacji, z którym dobrze się znamy. Pytam o dzieci, od dawna dorosłe. Ma ich pięcioro. Córka w Paryżu, wyszła tam za mąż, syn od lat pracuje w Stanach, właśnie zdał egzamin na obywatelstwo, dwaj młodsi mieszkają w Berlinie, „a najmłodszy – mówi mi ten szczerze o rozrodczość polskiego narodu zatroskany profesor – na razie przy nas”. Na razie. Państwo francuskie od dawna płaci za dzieci (dużo) i co osiąga? Większość tych pieniędzy idzie do wielodzietnych imigrantów muzułmańskich, z którymi coraz większy kłopot. W Polsce narodowi katolicy chcą nas zmusić do płacenia za utrzymanie i wychowywanie przyszłych emigrantów zarobkowych, gastarbeiterów uzupełniających braki siły roboczej w Europie Zachodniej. Dla pierwszego i drugiego dziecka zapewne znajdzie się praca w Polsce, ale – mówią parabolicznie – trzecie, czwarte, piąte jest z góry skazane na emigrację. Czy nie wystarczy, że zapłacimy za ich wykształcenie szkolne i – coraz częściej – uniwersyteckie? Ustawy „prorodzine” otwierają kolejny z licznych kanalików, którymi wypływają z Polski na Zachód dobra przeliczalne na pieniądze.
Wszyscy dziś są wstrząśnięci rozmiarami przyszłorocznego deficytu budżetowego. Brane są pod rozwagę wydatki, na które nie ma pokrycia w kasie państwa. Trzeba jeszcze przyjrzeć się wydatkom, na które było pokrycie. Odsłoni się przed nami niesamowity widok lekkomyślności i nieodpowiedzialności rządzących. W Polsce nie ma ducha publicznego, świadomości ani troski o dobro wspólne; przeważa egoizm, cynizm i hipokryzja, ale gdyby listę wydatków z budżetu przedstawić temu przeciętnemu, średnio cynicznemu egoiście, nieraz naciągającemu państwo w miarę swoich możliwości, złapałby się za głowę ze zdziwienia i oburzenia. I właśnie to trzeba zrobić. Powinno się przedstawiać obywatelom wykazy nie tylko tych wielkich wydatków, ale również tych charakterystycznych, wchodzących w skład wielkich. Ludzie pracujący i płacący przeróżne podatki powinni wiedzieć, w co państwo przekształca ich trud. Dopiero gdy będą poinformowani, ich udział w wyborach będzie miał sens.
Z programu trzeciego Polskiego Radia doleciały mnie słowa senatora odpowiadającego słuchaczowi. Bronił swego Senatu, mówiąc, że nie kosztuje dużo, „może jeden procent budżetu”. Wszystko jest możliwe z tymi senatorami. Może wśród nich być i taki ignorant, który myśli, że Senat kosztuje jeden procent budżetu, ale mnie dziwiło, że jeden procent budżetu to w jego mniemaniu bardzo nieduży wydatek! Ludzi z takimi wyobrażeniami nie wolno dopuścić do dysponowania dobrami publicznymi, ani do prac nad ustawami mającymi skutki finansowe, ani nad żadnymi innymi.
Przy okazji wychodzi na jaw wyobcowanie ze społeczeństwa i zamknięcie się w sobie klasy politycznej – oraz dziennikarzy, którzy ją obsługują. Jeden z nich tak pisze: „Aleksander Kwaśniewski zdecyduje, czy chce przyszłemu rządowi ulżyć w budżecie na 1,5 mld złotych”. Zmniejszenie deficytu zostało potraktowane jako ulga, korzyść przyszłego rządu, który może na nią nawet nie zasługiwać. Społeczeństwa to ma nie dotyczyć, jedynie partii, która obejmie władzę. Minister Kropiwnicki w tym samym duchu stwierdza, że zauważył (czego nikt oprócz niego nie zauważył) przyspieszenie wzrostu gospodarczego „i znowu rząd SLD będzie korzystał z naszych osiągnięć”. Nam, obywatelom, ma być nic do tego, jaki jest deficyt, jaka koniunktura – te rzeczy mają znaczenie tylko ze względu na to, jaką korzyść może mieć lub szkodę ponieść taka lub inna partia.

Wydanie: 34/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy