Wstępna lekcja strachu

Niedawno policja schwytała u nas dwóch Pakistańczyków, którzy naprowadzili ją na ślad trzeciego, w którego mieszkaniu znalazła się mapa Warszawy z zaznaczonymi lotniskami, komendą stołeczną policji i ambasadą czeską. „Gazeta Wyborcza” poświęciła temu wielki tytuł na pierwszej stronie swojego wydania, widząc w tym trop skradającego się ku nam międzynarodowego terroryzmu.
Teraz, po paru tygodniach, okazało się, że Pakistańczycy ci są Bogu ducha winni i zostali szczęśliwie wypuszczeni. Można by nawet, idąc dalej, domyślać się, że znalezione na ich mapie znaki były dowodem ich przezorności: jadąc do odległego kraju, woleli sobie zaznaczyć, jak trafić na lotnisko, być może w dalszej podróży wybierali się też do Czech, a od stołecznej policji oczekiwali pomocy w nagłych wypadkach.
Cała rzecz, choć humorystyczna, nie jest jednak zbyt przyjemna, co gorsza zaś, jest dość znamienna.
Nie myślę tu tylko, a nawet nie przede wszystkim o sprawności naszych służb specjalnych. Wszelkie dotychczasowe doświadczenia z terroryzmem pokazują, że całkowicie skuteczne zabezpieczenie się przed jego atakami jest praktycznie niemożliwe. Terrorystą może być każdy przechodzień, mężczyzna, kobieta lub dziecko, śmiercionośnym pociskiem może być każdy pakunek, walizka, zawiniątko, damska torebka, kosz na śmieci, samochód, detonatorem zaś każdy telefon komórkowy. Aby śledzić to wszystko, policja musiałaby rozwinąć sieć inwigilacji, przy której wszystkie systemy państw totalitarnych są śmiesznym drobiazgiem. Likwidacji musiałyby ulec wszystkie swobody obywatelskie, stanowiące istotę demokracji, a więc demokracja, w obronie siebie samej, musiałaby się zlikwidować. Mamy tego przykłady i już dzisiaj życie w Stanach Zjednoczonych stało się inne niż dotąd, a pasażerowie na lotniskach witani są jak nowi przybysze do więzienia w Sing-Sing, z fotografiami z profilu i en face oraz odciskami palców.
Terroryzm jest jak katar – są nań tysiące sposobów i żaden nie jest całkiem skuteczny. Ale ubocznym skutkiem terroryzmu, przed którym musimy się bronić nie mniej energicznie niż przed samymi atakami, jest splugawienie życia publicznego.
Nie jest żadnym przypadkiem, że przedmiotem czujności naszych służb policyjnych stali się Pakistańczycy, smagli, o ciemnych oczach. Ekstremizm islamski, ten, który kojarzymy z terroryzmem Al Kaidy (która zresztą, jak czyta się ostatnio, faktycznie nie istnieje, będąc siecią luźno ze sobą powiązanych grup ekstremistycznych), stara się przedstawić konflikt współczesnego świata jako walkę cywilizacji, białych z kolorowymi, muzułmanów z niewiernymi. I w istocie ta właśnie interpretacja osiąga sukces. Podejrzliwie patrzymy już dziś na innego, na kolorowego, na muzułmanina, na Araba. Jeśli schemat ten się utrwali, a wszystko na to wskazuje, preludium do zderzenia cywilizacji zostanie wygrane przez fundamentalistów islamskich i dalszy ciąg nastąpi.
Równie pracowicie jednak rzeźbimy inny konflikt współczesnego świata, tym razem światopoglądowy, społeczny, gospodarczy. W Warszawie, jak wiadomo, ma się odbyć w końcu kwietnia szczyt gospodarczy, na który zjadą bossowie biznesu i polityki, i środki przekazu już szykują nas na niesłychany atak antyglobalistów, którzy z racji tego szczytu zrujnują miasto, a być może wysadzą w powietrze strefę zero, w której zatarasują się uczestnicy szczytu, tak jak to się stało z dworcem w Madrycie. W telewizorze wiele zwykłych osób mówi już, że woli wyjechać na działkę, niż oglądać w tym czasie stolicę, chociaż na razie zamach na swobody ludności – na przykład na swobodę pójścia na spacer do Łazienek, gdzie pojawiają się już pierwsze kwiaty i zaczynają harcować wiewiórki – szykują władze, a nie antyglobaliści. Dalszy paradoks polega na tym, że w istocie stolicę naszą i jej ludność poznają nie uczestnicy szczytu, których chcemy podobno zjednać do inwestycji w naszym kraju, lecz przyjezdni antyglobaliści, jeśli tu przyjadą. To oni, a nie kapitanowie przemysłu i banków zostawią tu trochę pieniędzy, będą u nas pili piwo, wynajmowali kwatery, może zaprzyjaźnią się z naszymi dziewczynami i uznają nasz kraj za dość sympatyczny. Może też wytłumaczą nam trochę, o co im chodzi i dlaczego fatygują się do Warszawy, aby dokuczyć uczestnikom szczytu.
Antyglobalizm, czy bardziej poprawnie alter-globalizm, jest bowiem u nas najbardziej chyba zakłamaną przez media ideologią i ruchem. Antyglobalistów przedstawia się jako nieokiełznanych chuliganów bez przyczyny, niczym kibiców Liverpoolu, widzimy ich w telewizorach, jak tłuką szyby w Pradze lub w Genui, przy czym nie braknie świadectw, że sporo tych burd wszczynają wmieszani w szeregi ich demonstracji prowokatorzy policyjni. Istnieje na naszym rynku jedna tylko, o ile wiem, poważna książka o antyglobalistach, jest to „Świat nie na sprzedaż” Artura Domosławskiego, której autor pisze, że karykaturując antyglobalizm, „zacieramy rzecz samą: narastającą w świecie frustrację, poczucie wykluczenia wielu ludzi i całych społeczeństw, wielką zamianę aury”. Jakiej aury? Otóż tej, w której „model społeczno-gospodarczy (zwany przez jednych neoliberalizmem, przez innych – globalnym kapitalizmem), który miał przynieść stopniowe uśmierzenie podstawowych bolączek człowieka i społeczeństw, produkuje w wielu częściach naszej planety nowe cierpienia, nową biedę i wykopuje nowe przepaści”.
Straszenie antyglobalistami, czemu właśnie jesteśmy poddawani przed stołecznym szczytem, nie obejmuje tych zagadnień. Jest podobne do straszenia Pakistańczykami. W jednym i drugim wypadku cel jest podobny – aby nie zapytać, o co im właściwie chodzi, zarówno tym bombardowanym Afgańczykom, okupowanym Irakijczykom czy ostrzeliwanym Palestyńczykom, jak i pałowanym antyglobalistom. Bo wygląda na to, że chodzi im o to, o czym nie chcą słyszeć uczestnicy kolejnych szczytów gospodarczych.
Także rezultat tych zabiegów może być podobny, nie przeczę. Zabicie szejka Jasina postawiło na czele palestyńskiego Hamasu Abdela Aziza Rantisiego, wobec którego upiorny Jasin był, jak się wydaje, św. Mikołajem, rozbijanie zaś demonstracji antyglobalistów, w trakcie których jeden uczestnik, student w Genui, został zastrzelony, połączone z przygotowawczą lekcją strachu i wrogości, może spowodować, że w Warszawie naprawdę polecą szyby i wybuchną petardy.
Znamienne jednak i dające do myślenia jest także to, że podczas gdy serdecznie witani przez władze i media uczestnicy szczytu schowani zostaną skrzętnie w strefie zero, niedostępnej dla normalnych śmiertelników, zwykli mieszkańcy miasta zostaną po tej samej stronie co antyglobaliści i będą mogli ich dotknąć z bliska.
Zobaczymy, co z tego wyniknie.

 

 

Wydanie: 15/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy