Chińskie dziwo

Czego trzeba do wszechstronnej satysfakcji erotycznej? Nie jest tego mało. Przede wszystkim dzwoneczek birmański, który należy włożyć głęboko do pochwy. Ekscytująca maść, którą smaruje się pępek. Srebrny usztywniacz dla mężczyzny, obrączka siarczana z piórkami, pas biodrowy z ziołami i kapturek nażołędny, a także magiczny afrodyzjak wydłużający męskość do dwóch stóp, świadoma rzeczy partnerka, sześć żon i 20 nałożnic. Dopiero wtedy można poważnie myśleć o seksie.
Tak przynajmniej dowodzi chińska powieść z XVI w. pod tytułem „Kwiat śliwy w złotym wazonie”, niedawno przełożona przez Irenę Sławińską, Jerzego Chociłowskiego i Ryszarda Chmielewskiego. Irena Sławińska nazywa się po chińsku Hu Peifang i jest osiadłą od bardzo dawna w Polsce dziennikarką. Aż dziw, że przyszło jej do głowy takie bezeceństwa przekładać. Zupełnie mi do Chin nie pasują, ale Irena powiada, że jestem bardzo naiwny. Inna sprawa, że w samych Chinach książka była zakazana przez 400 lat i krążyła w odpisach. Za to poznał ją już cały świat, chociaż uparcie cenzurował tekst. W Polsce książka wyszła bez cenzury, ale nie cała. Przełożono zaledwie 700 stron, a jest ich ponoć 1,5 tys. Wydała ją Muza, właściwie dosyć pokątnie, lecz wśród wtajemniczonych cieszy się wielkim uznaniem.
Powieść niewiadomego autorstwa napisana w XVI w., ale opowiadająca o XII w. Tak naprawdę jest współczesna i bardzo krytyczna wobec ówczesnego cesarstwa. Złodziej siedzi na złodzieju, oszust na oszuście, a bez łapówki niczego nigdzie się nie załatwi. Szczególnie sąd – a bohater jest sędzią – sprawia wręcz przerażające wrażenie. No i rzeczywiście wkrótce wszystko się rypło, bo Chiny zostały pobite przez Mandżurów. Jednak „Złoty wazon” czyta się dzisiaj bynajmniej nie z tych historycznych powodów, ale ze względu na wszechobecny wątek erotyczny, żeby nie rzecz po prostu pornograficzny. I to jak! Nawet wstydzę się opowiedzieć, przeczytajcie sami. Można się tylko złapać za głowę, wszystkie znane, a raczej ujawnione współcześnie pozycje i sytuacje były już doskonale znane przed wiekami. Rzecz ozdabiają malownicze sztychy z wydania w 1617 r.
Książka ma swoją chińską i ogólnoświatową legendę. Podobno powstała jako narzędzie zbrodni – jej pierwotny rękopis został przez autora pomazany trucizną na rogach kartek – przypomnijmy sobie „Imię róży Umberta Eco, tam został tak spreparowany Arystoteles. Ale naturalnie nie przez samego autora. Zresztą sądzę, że podobna sytuacja przypisywana „Cin, Ping, Mei”, bo tak się po chińsku nazywa, to jedynie malownicza legenda.
Powieść można by nazwać obyczajową, łącznie z obyczajami praktykowanymi w łóżku, chociaż po prawdzie te sypialniane opisy i popisy zaczynają w końcu odrobinę nużyć. Pozostaje sama rodzina więcej niż średnio zamożna, nieustanne intrygi i waśnie poszczególnych żon i służby, stosunki z sąsiadami itd. Obyczaj jest bardzo wyrafinowany, a zarazem brutalny, niezliczone sposoby kłaniania się i przystrajania zależnie od rangi, epopeja kuchni chińskiej, ale i samobójstwa co dotkliwiej sponiewierany. Wymiar sprawiedliwości, gdzie nawet na użytek domowy używa się narzędzi tortur, napawa wręcz przerażeniem. Lecz komentarz tłumaczy, że w całej książce nie ma ani jednego uczciwego człowieka, wydaje mi się odrobinę przesadny. Przeciwnie, tu niemal każdego stać na jakieś dobre odruchy, to jednak nie jest jakiś diabelski sabat, po prostu wszyscy jesteśmy słabi i pełni niedoskonałości, czy to w Chinach, czy w Europie. Ale rzeczywiście nie jest to świat jakichś „praw człowieka”, co chyba i dzisiaj nie jest znamieniem chińskiego obyczaju.
O literaturze chińskiej nie wiemy wiele. Podobno jest jakaś niemiecka antologia chińskiej liryki, obejmująca – bagatela – dziesięć tomów. Przez te 4 tys. lat istnienia narodu bardzo kulturalnego, bardzo wyrafinowanego musiało się tego nagromadzić bez miary. Ale w Polsce mamy z tego coś ze trzy powieści i kilka traktatów filozoficznych Konfucjusza, Czuang Cy i Lao Tsego. Mizernie. Związek Literatów Polskich przygotowuje antologię poezji współczesnej, obawiam się jednak, że nie będzie zrozumiana i doceniona bez znajomości tradycji. To jednak inny świat, inna symbolika, inna metafora. I chyba nawet trudno mówić o kulturze światowej, nie znając tego, co się nad brzegami chińskich rzek dokonało.

Wydanie: 6/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy