Lud i Bóg

Lud i Bóg

Jarosław Kaczyński zażądał od ministrów oddania zabawek. Dostali takie piękne, za dobre zachowanie, za pokorę i karność, a tu nagle surowy ojciec odbiera. Prezes mówi, że słucha głosu „ludu i Boga”. Ja sądzę, że ludzkimi sprawami Bóg już od dawna się nie zajmuje, inaczej trzeba by mieć o nim jak najgorszą opinię. A czego chciał lud Rzymu? Chleba i igrzysk. I prezes konsekwentnie stara się dać ludowi jedno i drugie. To wszystko populizm w czystej postaci. I perfidna przebiegłość. Jak nie podziwiać prezesa, co za talent w czynieniu zła! Ale wygląda na to, że tym razem zaplątał się we własne nogi. Próbuje sam zarządzać krajem, samotny, schorowany, zaszyty w swojej żoliborskiej norze.

Zgadzam się ze Stefanem Niesiołowskim, że ruch Kaczyńskiego jest skierowany przy okazji przeciwko opozycji. „Najpierw pobrali gigantyczne nagrody, pozatrudniali wszystkich możliwych pociotków, jakichś lizusów i teraz, by to odrobić wizerunkowo, Kaczyński chce innym, też samorządowcom, zabrać pieniądze”. Wszystko to gaszenie sondażowego pożaru. Ktoś trafnie zauważył, że zalewając płonący dom wodą, można go wprawdzie ugasić, ale również sprawić, że stanie się niezdatny do zamieszkania. Utwierdza się ludzi w mniemaniu, że wszyscy politycy to błazny, zero szacunku dla wszelkiej władzy, jakby Polacy mieli tego szacunku wiele. Ale lud to kupi – łupić bogatych, łupić władzę. Sejm będzie tańszy, ale jeszcze słabszy, paradoksalnie najlepszy był ten kontraktowy po przełomie. Już działa selekcja negatywna w doborze posłów, teraz tak będzie z samorządowcami. Jak na dłoni widać, że nie o reformowanie Polski chodzi prezesowi, ale o utrzymanie władzy za wszelką cenę, także za cenę psucia państwa. Cel uświęca środki. Komuniści, do których ci antykomuniści są tak podobni, mieli cel wyraźny, chociaż zupełnie nierealny, a tu jakaś narodowa mgła smoleńska. Prezes, co widać znakomicie, to właściciel PiS. W zamiarze właściciel Polski. Wódz ma jednak chore kolano, utykał, gdy odchodził po wygłoszeniu tej „obniżkowej mowy”, a podobno boi się pójść na operację. I PiS zaczyna utykać, na razie tylko na jedną nogę.

Nagle słyszę za plecami: „Cześć, Tomek”. Krzysztof Czabański wita się ze mną. Odruchowo podaję mu rękę i potem źle się z tym czuję. Jest szefem Rady Mediów Narodowych. Lubiłem go kiedyś. Jak trudno nie podać komuś ręki. I od razu to poczucie banalności zła, ono jest na wyciągnięcie dłoni. Powinienem zapytać: „Krzysiu, co wyście narobili, wstydu nie macie?”. Po co pytać? Wiem, że nie mają. Rozeszły się drogi naszego myślenia o świecie, rozeszły się ścieżki moralności.

Miła para polskich emigrantów z Luksemburga u mnie, pijemy herbatę. Nie znam tych ludzi, mam im tylko dać do samochodu kilka paczek moich książek, na spotkania autorskie, które będę miał w tym państewku. Mówimy o sytuacji politycznej w Polsce, co się porobiło. I to od razu bardzo zbliża. Są już na emeryturze, myśleli, by wrócić do kraju na stałe, teraz się wahają. Moi znajomi z Izraela też mi piszą, że wahają się, czy przyjeżdżać do Polski, a do tej pory odwiedzali nasz kraj kilka razy w roku. Nie są pewni, czy będą tu mile widziani.

Czytając dzienniki Marii Dąbrowskiej, natykam się na taki opis wsi Lipki, gdzie lubiła jeździć. To wieś podlaska, którą kiedyś odwiedziłem, właśnie ze względu na pisarkę. Zanotowała: „Ludność Lipek żyła podobno przez wieki w zgodzie i przyjaźni z miejscowymi i stoczyńskimi Żydami. A w ostatnich trzech latach przed wojną, jak tylko zaczęły się wpływy hitlerowskie w Polsce, agitacja endecka dotarła do Lipek (…). Gdy potem Niemcy strzelali do Żydów, lipczanie dobijali niedostrzelonych. Wyszukiwali nawet kryjących się po lasach, aby ich zabić”. Dąbrowska, nawet jeśli była antysemitką, a była, to kulturalną, w jakimś sensie humanitarną. Ale nie przejęła się za bardzo tym „dobijaniem” i nadal uwielbiała mieszkańców wioski. Był rok 1956, mordercy więc żyli i mieli się dobrze. A wioska pod tym względem to jedna z wielu na Podlasiu. Miałem kiedyś niedaleko Lipek domek wiejski, to się nasłuchałem podobnych opowieści. To była jednak sprawa jakoś wstydliwa, teraz dzięki PiS zaczynamy o tym mówić pełnym głosem.

To mamy pomnik smoleński. Czarny jak smoła. Tak owa katastrofa zaorała i przykryła Katyń, jak żołnierze „wyklęci” Armię Krajową. Gdy perfidnie gra się pamięcią, tracone są proporcje.

Wydanie: 16/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy