Ratuj się, kto może

Ratuj się, kto może

Ratuj się, kto może! 1 sierpnia obchodzić będziemy 70. rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Pamiętamy wszyscy pandemonium, jakie rozpętano w kraju z okazji 69-lecia. Cóż dopiero będzie teraz, kiedy jubileusz mniej więcej okrągły! Nie przebrzmią jednak pierwsze salwy honorowe, a 5 sierpnia w tej samej bohaterskiej Warszawie 150 lat temu (jeszcze okrąglej) Ruskie mordują Romualda Traugutta na stokach cytadeli. W tych samych objęciach pięknego polskiego lata pierwsza kompania kadrowa strzelców Józefa Piłsudskiego wyrusza z krakowskich Oleandrów i 6 sierpnia 1914 r. przekracza granicę zaboru rosyjskiego. Sto lat temu – okrąglej już się nie da. Jeżeli planujecie państwo już teraz wakacje na ten rok, polecałbym ostępy bez radia i telewizora, gdzie być może nie ma ciepłej wody i elektryczność zawodzi, ale przynajmniej nie będziecie musieli się potem wykosztowywać na długie i beznadziejne seanse u psychiatrów. Nawet jeżeli rośnie w was poczucie, że mąż tylko z tego powodu, że urodził się za późno, nie stał na barykadzie, a ty nie byłaś heroiczną łączniczką (ich liczba wzrasta z roku na rok wbrew prawom demografii), co gorsza nie byliście w pierwszej kadrowej ani nie płakaliście pod cytadelą, dajcie sobie spokój dla dobra waszych dzieci. A przede wszystkim nie myś­lcie, że zubożacie w ten sposób wiedzę historyczną swoich dzieci. Wspaniałe obchody mają się bowiem do prawdy historycznej jak pięść do nosa.
Nie wspominajmy już o powstaniu warszawskim, bo jest to polski moment dziejowy zakłamany tak doszczętnie, że liczą się już tylko emocje, które po żadnej stronie nie są i nie będą dobrym doradcą. Zostańmy na chwilę przy ostatnim dyktatorze powstania styczniowego. Romuald Traugutt, cokolwiek by powiedzieli Węgrzy, których zryw wolnościowy tłumił jako oficer armii carskiej, był niewątpliwie szlachetnym człowiekiem. Szlachetność nie zawsze idzie jednak w parze z rozumem. Lektura jego rozkazów i memoriałów, kiedy został przywódcą powstania, napełnia przerażeniem. Mamy przed sobą kogoś bujającego w najwyższych obłokach. Wydaje rozkazy dla nieistniejących wojsk, polecenia dla administracji, której nie dość, że już nie ma, to przeważnie nigdy nie było. Na tym mijają mu pracowite i bezsenne doby. Przez jedną chwilę nie dotyka ziemi. Darmo by szukać u niego rady dla niedobitków, jak się ukryć, organizować wzajemną pomoc, ratować bliskich i mienie. To było już poniżej jego wielkości. Był przy tym tak żarliwym katolikiem, że nasz Episkopat zgłosił nawet wniosek (jest w toku) o jego kanonizację. Nie chodzi o to oczywiście, ile razy dziennie odmawiał różaniec, ale że męczennik chciał bić Ruskich i tylko brak realnych sił mu w tym przeszkodził. Czyż może być większy tytuł do świętości?
Legiony były pięknym patriotycznym zrywem. Potrwało to być może do 1920 r. Już maj 1926 r. ma prawo budzić najgłębsze kontrowersje. Po śmierci Piłsudskiego wyszło zaś na jaw wiele brzydkich rzeczy, które postawiły znak zapytania nad idealizmem i pięknem setnej rocznicy. Z tym że to jeszcze nie koniec wakacji. Powstrzymajcie jeszcze dzieci przed pójściem do narodowej szkoły.
Bo oto 1 września 1514 r. (czyż może być okrąglejsza rocznica? – to po prostu elephantiasis okrągłości – pół milenium) wojska hetmana wielkiego litewskiego księcia Konstantego Ostrogskiego prowadzącego 44 tys. rycerzy Rzeczypospolitej Obojga Narodów docierają nad Dniepr, pod Orszę. Przeprawy broni 60-tysięczna armia Moskwicina Iwana Czeladina. 8 września rozpoczyna się bitwa. Nasi nie dbają jednak o przewagę liczebną przeciwnika. Jazda polska łamie szeregi wroga. W ręce zwycięzców dostaje się tabor moskiewski pełen skarbów, wszystkie działa i cały sprzęt wojenny. Sam Iwan Czeladin i 15 bojarów idą do niewoli. W konsekwencji naszym poddają się: Dubrowno, Krzyczew i Mścisław. Pokażcie mi jednego polskiego licealistę, który znajdzie na mapie Krzyczew i wytłumaczy, czego wojska Rzeczypospolitej szukały pod Smoleńskiem, którego zresztą nie zdobyły. Ale okazja do świętowania, choć tak czy owak obiektywnie wspaniała, będzie chudziutka, bo wszystkie fajerwerki wyszły już na Traugutta i powstanie warszawskie. –Tato, mamo – zapytają dzieci – dlaczego bardziej czcimy nasze klęski niż bezsensowne, ale zawsze zwycięstwa. Cóż mają nieszczęśni rodzice odpowiedzieć? – Bo taka jest, drodzy moi, dialektyka. Komuna uśmiecha się z obłoków: – Wprawdzie mnie przeklinają, ale formy i manipulacji nauczyli się ode mnie. Nie zgasi to zapału naszych organizatorów jubileuszowej pornografii. Bo przecież powstanie warszawskie było w istocie antyruskie, Traugutt zdradził Ruskich, legiony z Austriakami szły przeciw Ruskim. Ostrogski pokonał Ruskich. Co zaś antyruskie, słuszne jest i więcej dzieci uczyć nie trzeba, żeby im w głowach się nie poprzewracało. Nawet jeśli ma to być dialektyka.

PS Do Tomka Jastruna. Napisałeś w „Przeglądzie”, że nie piłeś i nie pijesz. Czyje to zwłoki przenosiłem więc w 1969 r. w leśniczówce koło Broku z werandy na materac? Wierzę ci, że od któregoś momentu nie pijesz, ale proszę – nie fałszuj historii.

Wydanie: 8/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy