Premier z Perugii

Premier z Perugii

Sezon ogórkowy w mediach zaczął się w tym roku wyjątkowo wcześnie. Od występów Jana Marii Rokity w pięknej włoskiej Perugii. Rokita jest politykiem szczególnego rodzaju. Bardzo oryginalnym nawet na polskie warunki, gdzie nie brakuje dziwaków i ekscentryków. Uznawany przez część środowisk prawicowych bez mała za guru. Ma swoich wyznawców mimo wpadek, które każdego innego dawno by pogrzebały. Dla mnie Rokita jest przykładem człowieka, którego oceny tak bardzo rozmijają się ze światem realnym, że gdyby wydarzenia w Polsce miał prognozować jakiś kosmita, to byłyby one trafniejsze. Mylił się Rokita, gdy zakładał „Inicjatywę trzy czwarte”, bo oceniał, że taka większość społeczeństwa nie chce prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Granice śmieszności przekroczył, krzycząc: „Nicea albo śmierć!” w czasie negocjacji z Unią Europejską. Kompletnie odleciał, tworząc z Kazimierzem Ujazdowskim Ruch Obywatelski Polska XXI.
Choć i tak te wydarzenia są niczym wobec tego, co się działo latem 2007 r., gdy na tysiącach billboardów pojawiło się oblicze Rokity jako „premiera z Krakowa”. W ten sposób został on jedynym premierem w historii Polski, który ten tytuł miał tylko na plakatach. Choć coś mu z tamtej kampanii zostało. Może po prostu nie przyjął do wiadomości werdyktu wyborczego i wciąż jest premierem. Tym razem na uchodźstwie. Premierem, którego Sulejówkiem jest Perugia. Niestety, lud nie woła: „Wracaj!”. A jedynym, który czeka na powrót Rokity do kraju, jest komornik. Nie doczeka się, bo Rokita już zapowiedział, że woli tułaczy los niż kraj, który mu zrobił taką krzywdę. Jeszcze większą niż obsługa samolotu Lufthansy w Monachium, która doprowadziła Rokitę do rozpaczliwego krzyku: „Ratunku, Niemcy mnie biją!”. Niewdzięczny naród nie ujął się wówczas za człowiekiem tak zasłużonym jak pan Jan.
O zasługach Rokity dla państwa polskiego i dla wolności obywateli słyszałem z ust samego zainteresowanego. I to wielokrotnie. W rozmaitych mediach. Odniosłem z tych występów wrażenie, że dla Rokity prawo to on. O swoich zasługach każdemu wolno mówić, co tylko chce, ale obrażać i poniżać ludzi nie wolno nikomu. I pod żadnym pretekstem. Rokita sponiewierał byłego szefa policji Konrada Kornatowskiego, stawiając mu hańbiące zarzuty. Przegrał proces. Nie chciał przeprosić, więc musi zapłacić. Żadne 350 tys., o czym ciągle mówi. Mija się tu z prawdą. Podobnie jak z oceną swojego położenia finansowego. Nie jest ofiarą tej sytuacji, ale jej sprawcą. Ofiarą jest Kornatowski. Biadoleniem i oszukiwaniem co do wysokości kary i swojego ubóstwa oraz insynuacjami, że ktoś przestawił wobec niego wajchę, Rokita znowu się ośmiesza. A nawet gorzej. Bo jeśli dosłownie potraktować tę wajchę, to co? Wcześniej był poza prawem i mógł bezkarnie robić i mówić, co mu tylko przyszło do głowy? Bo jest kombatantem? I dlatego ma być nietykalny? Rokita lubi o sobie mówić, że jest państwowcem. Nieprawda. To w jego wydaniu puste słowa. Człowiek szanujący własne państwo nie obrzuca epitetami sądów za to, że walczą ze zdziczeniem obyczajów i oszczercami. Państwowiec nie robi z poważnych spraw lichego teatrzyku i cyrku. Jeśli Rokita chce być szanowany, musi także szanować innych. Nawet tak nielubianych przez niego jak sędziowie i Kornatowski.

Wydanie: 25/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy